środa, 4 grudnia 2013

Dotknięty przez obcego




Można śmiało powiedzieć, że piosenka "So long, Marianne" Leonarda Cohena to piosenka o mnie. Choć za żadną Marianne nigdy "so long" nie wołałem, ani nawet poważnego rozstania w swoim życiu nie przeżyłem.

Nie ma to jednak większego znaczenia. "So long, Marianne" to piosenka o moim życiu, a dokładniej o tej jego szczególnej części, która nigdy się nie wydarzyła. A która -  równie jest dla mnie ważna.

Najpierw więc fruwałem tam i z powrotem. Jadłem i piłem byle co. Szczerzyłem się do księżyca, zataczając pijane kręgi tu i tam. Potem zjawiła się ona.

I used to think I was some kind of Gypsy boy 
Before I let you take me home.

Początkowo odnalazłem komfort.

Well you know that I love to live with you,
But you make me forget so very much.
I forget to pray for the angels
And then the angels forget to pray for us.

Ale czułem, że tracę coś istotnego.

I'm standing on a ledge and your fine spider web
Is fastening my ankle to a stone.

Zrobiło się duszno. Uchyliłem więc okno. Skoczyłem. Spadałem dłużej jednak niż wynikało z moich  kalkulacji.

Wyszedłem z tego kaleki. Zaprzepaściłem życie dla mglistej idei wolności.

Jeśli uznacie więc kiedyś moje życie za nieciekawe i nudne, pomyślcie o tej jego barwnej części, która się nie zdarzyła, od razu zmienicie zdanie.

To, co przychodzi spoza nas i należy do obcych ludzi, czasem jest dla nas prawdziwe bardziej niż my sami dla siebie. Gdy o tym myślę, zaczynam powoli rozumieć Marka Chapmana, który grudniowego wieczora 33 lata temu, czekał z pistoletem pod nowojorskim domem słynnego rockmana.

Za chwilę  słychać już było tylko pięć śmiertelnych wystrzałów i okrzyk: "to ja jestem prawdziwym Johnem Lennonem!".

wtorek, 19 listopada 2013

Wojtek Mazolewski Quintet zagrał w krakowskim Forum Przestrzenie

Tłum, ścisk, gwar. Na zewnątrz dziesiątki skrzyń z czerwonymi jabłkami, kolorowe marynarki, okulary i dym papierosowy wydobywający się z licznych ust, które w zaistniałych okolicznościach pełniły przede wszystkim funkcję praktycznego dodatku do dumy każdego hipstera – wąsów.

Wewnątrz – kolorowe marynarki, okulary, postaci leżące, popijające i gestykulujące. Trzeba nie lada zręczności, żeby przedrzeć się przez nieprzebraną gmatwaninę ludzkich ciał, kończyn, powyginanych i poskręcanych tak, że niektórych (choć w dziedzinie anatomii, nie byłem nigdy, nomen omen, noga), wcale już nie poznawałem. Parłem na przód, do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie grać miał tego dnia kwintet Wojtka Mazolewskiego.

Po chwili już leżałem na leżaku i wszystko wydawało się być piękne. W ręce trzymałem jabłko soczyste i kruche. W drugiej piwo – świeże i orzeźwiające. Obok mnie mi podobni. Salę przygotowano bowiem w ten sposób, żeby każdy mógł obejrzeć koncert w pozycji horyzontalnej. Trudno się dziwić. Znajdowałem się w samym sercu krakowskiej mody, w miejscu skąd arteriami prowadzącymi ku krakowskim dzielnicom i osiedlom płyną życiodajne soki wspaniałego hipsterstwa. Byłem w  Forum Przestrzenie.

Z minuty na minutę, masy ludzkie rosły jak na drożdżach i choć nie wyglądały w większości na zainteresowane koncertem, napierały. Organizatorzy w pewnym momencie stwierdzili, że lepiej będzie jeśli widownia obejrzy koncert na stojąco. Niektórzy skwitowali to jękiem zawodu. Nie było jednak wiele czasu na lamentowanie. Na scenę zaraz nie bez wdzięku wkroczył Wojtek Mazolewski i jego kompania. Wystąpili: Marek Pospieszalski – saksofon, Adam Milwiw-Baron – trąbka, Joanna Duda – piano, Michał Bryndal – perkusja.

Atmosfera nie była typowa dla koncertów jazzowych. Zwykle przychodzą na nie świadomi fani muzyki w skupieniu posłuchać dźwięków, zapłaciwszy często słono za bilet. Tutaj było nieco inaczej, koncert był darmowy, a odbywał się w ramach festiwalu trwającego kilka dni „GRANDA! chodź na jabłka”. (Na ile motyw przewodni miał wspólnego z popularnym producentem najnowszych technologii, tego nie wiem).

Było więc wiele osób, które znalazły się na koncercie zapewne przypadkowo. Z tyłu sali odbiór muzyki ginął w zgiełku rozmów, śmiechów, wygłupów. Nie w smak było to koneserom, dałem więc jeszcze raz tego wieczoru nura w ludzką gęstwę, by za chwilę wychynąć pod samą sceną – tak, że miałem mazolowy kontrabas na wyciągnięcie ręki.

Zobaczyłem zespół w całej krasie: wąsy Barona i Bryndala, irokeza na głowie Dudy, szelmowsko uśmiechającego się Pospieszalskiego i zbyt krótkie (tak modnie jest) spodnie Mazolewskiego.
Rozlegają się dźwięki Nionio. - Jesteście niesamowici, że przyszliście dziś w takiej ilości słuchać tak pojebanej muzyki! – zakrzyknął Mazolewski. Zabawa była rzeczywiście przednia. Był jazz, ale nie dla tych, którzy nie wyściubiają nosa poza klasyczne nagrania Milesa Davisa i Johna Coltrane’a. Grano głównie utwory z „Wojtka w Czechosłowacji”, kilka nowych kompozycji z nadchodzącej płyty „Polka” i pierwszego albumu kwintetu „Smells Like Tape Spirit”. Było przebojowo i rozrywkowo. Między utworami Wojtek przybijał piątkę z kolegami i koleżanką z zespołu.

Stylistycznie repertuar zakrojono szeroko, wplatając w typowo improwizacyjną estetykę covery Nirvany i Maxa Romeo. Brzmiało to współcześnie, rockowo-reaggowo-jazzowo. A może nawet hipster jazzowo?

Wojtek Mazolewski Quintet potrafi dać czadu, grać atrakcyjnie. Podoba się młodzieży (i starszym pewnie też), bo gra bardzo aktualnie i melodyjnie, a jednocześnie stanowi alternatywę wobec muzyki czysto mainstreamowej. Słowem – kto się nie bawił dobrze, ten pewnie głuchy!


piątek, 20 września 2013

Relacja: Wovoka w Pięknym Psie

Mewa Chabiera pląsa boso na scenie. Raphael Rogiński pochyla się nad gitarą. Szpura wierci się za zestawem perkusyjnym. A Ola Rzepka z pewną dozą nieśmiałości uderza w klawisze Hammonda. Cóż to za zebranie, zapytacie. Toż to nic innego jak zespół Wovoka, występujący chybko w Pięknym Psie.

Koncerty Wovoki reklamowane są jako pewnego rodzaju seans spirytualistyczny, podróż do praźródeł muzyki, czy hołd dla kultur transowych. W istocie, jest to nic innego jak mocno archaiczny blues, zagrany jednak nowocześnie, z repetycją mającą na celu wywołać efekt hipnozy.

Wokalistka, na oko bardzo miła dziewczyna, głos miała niski, mocno modulowany. W zasadzie bardziej rockowy niż bluesowy, jazzowy czy inny. Mewa śpiewała bardzo ekspresyjnie, momentami zdzierając gardło na całego i odpływając gdzieś daleko w nieznane przestrzenie. Najlepiej brzmiała przy takich klasycznych starociach jak „Hard Times Killing Floor”.

Raphael Rogiński to z kolei człowiek-zagadka. Na pierwszy rzut oka jakby szarpidrut. Gra brudno, często na otwartych strunach przy mocno przesterowanym brzmieniu. Artykulacja zupełnie rozmyta, solówki grane na jednej strunie. Wszystko u niego ostatecznie sprowadza się do pomysłowej repetycji pojedynczego dźwięku czy frazy. Na początku nie wiadomo czy tak chce, czy inaczej nie potrafi.

Potem jednak przychodzi olśnienie. Człowiek zaczyna rozumieć jak oryginalny i interesujący jest to artysta. Posługujący się nie tylko indywidualnym językiem, ale znacznie szerzej – definiujący własną estetykę. To on właśnie stanowi podstawę brzmienia Wovoki. Projektu na polskiej scenie nietypowego i któremu warto przyglądać się bacznie.


19 września. Kraków. Piękny Pies. Było naprawdę interesująco!

poniedziałek, 2 września 2013

Relacja: Roger Waters na Stadionie Narodowym w Warszawie

Na koncercie Rogera Watersa poczułem się jak bohater „Sensu Życia wg Monty Pythona”. Ten, po którego wątrobę przychodzą lekarze-transplantolodzy. I który tłumaczy, że organ ten co prawda nadaje się do przeszczepu, ale jeszcze go używa i w gruncie rzeczy jest do niego przywiązany. Ci z kolei, śpiewają mu taką oto piosenkę i zamykają dyskusję.



Biedak, przejęty wymową utworu i tym jak nieistotny jest jego wymiar w obliczu ogromu wszechświata - mięknie, a po jego organ wędrują stalowe szczypce.

Na koncercie Rogera Watersa poczułem nędzę swojego jednostkowego istnienia. Bo cóż znaczę ja wobec wielkiego show, które przygotował muzyk?

Zaczęło się od ciemności, którą szybko zastąpiły błyski świateł, sztuczne ognie, iskry, dym, ryk syren i eksplozji. Wybuchła ściana dźwięku.

Na scenę wkracza z tryumfalnie uniesionymi rękoma Roger Waters. Na niego zaś czeka druga para rąk, trzymająca srebrną pelerynę, która zaraz ląduje na plecach mistrza ceremonii.

Z daleka Waters wydaje się zaledwie mróweczką. Wzdłuż sceny jednak postawiono gigantyczny mur, który pełni rolę telebimu, na którym można było oglądać zbliżenia twarzy Artysty, a jednocześnie oglądać wyświetlane nań wizualizacje utworów z legendarnej płyty Pink Floyd.

Co pewien czas na murze pojawiały się też hasła i symbole będące przesłaniem muzyka i jego show. Hasła te wyrażały sprzeciw wobec ideologii, religii, zniewoleniu, globalizacji, międzynarodowym korporacjom, kłamstwu, mass-mediom, problemowi głodu na świecie i wielu innym.

W czasie koncertu Watersa dźwięku dobiegały zewsząd. Nie tylko ze strony sceny. A były to dźwięki najrozmaitsze – na przykład wystrzały z karabinów. Niektóre z nich, zwłaszcza wokal, odbijały się od wewnętrznych ścian stadionu, co sprawiało wrażenie dublowania się, czy mówiąc fachowo, interferencji fal dźwiękowych. Zapewne ktoś przez nieuwagę odkręcił gałkę z pogłosem na maksimum.

W powietrzu z kolei, latały różne obiekty. A to spadający samolot, który pod koniec lotu podpalał się, a to fruwająca świnia czy olbrzymich rozmiarów dmuchany belfer przy okazji - „Another Brick In The Wall”.

Muzyka też nie była zła, choć więcej było tu do patrzenia niż do słuchania.

W skrócie: na koncercie Watersa poczułem się nieistotny. Mur na końcu runął. A ja pozostałem wzbogacony o wiedzę o tym, co myśleć o ideologiach, religiach, zniewoleniu, globalizacji, międzynarodowych korporacjach, kłamstwu, mass-mediach, problemie głodu na świecie i wielu innych.

Bilans jest więc dodatni.

sobota, 24 sierpnia 2013

Woody Allen - Blue Jasmine

Niewiele osób wie, że Woody Allen, ceniony muzyk, klarnecista, w wolnych chwilach, gdy dopada go zmęczenie dźwiękami i odrobina melancholii, zawiesza instrument na kołku. Chwyta wtedy za kamerę, zakasuje rękawy i marzy o kręceniu filmów.

W ten sposób powstało ich już blisko pięćdziesiąt.



Ostatni to "Blue Jasmine". Współczesna adaptacja "Tramwaju zwanego pożądaniem". Historia bardzo woody-allenowska, czyli zupełnie inna niż kilka ostatnich, przypominających kolorowe pocztówki z widokami z Paryża, Barcelony czy Rzymu.

"Blue Jasmine" to Woody Allen z krwi i kości, bo rzecz traktuje o relacjach międzyludzkich. Konkretniej - o związkach. Jeszcze precyzyjniej: o związkach między kobietami i mężczyznami. I tu właśnie precyzja się przydaje: Woody Allen, owszem, kręci filmy o tym, co wydarza się między kobietą i mężczyzną, ale nie kręci filmów o miłości.

Allen kręci filmy o związkach. A miłość i związek to zupełnie inne sprawy, choć zdarza się, że występują jednocześnie.

Wiele powstaje opowieści o namiętności, gwałtownym uczuciu, niespełnieniu czy idealizacji. Znacznie mniej o tym, co chyba przytrafia się częściej: niespełnionych potrzebach, samotności i zmęczeniu, oczekiwaniach, dylematach, poszukiwaniach oraz często zbyt racjonalnych decyzjach.

Bohaterowie filmów o miłości przeżywają chwile, niekiedy absolutnie kosmicznego, uniesienia. Zauraczają się wzajemnie lub bez wzajemności. Czasem żyją długo i szczęśliwie.

Bohaterowie filmów o związkach, takich jak "Blue Jasmine", szarpią się między swoimi oczekiwaniami a rzeczywistością. Szamocą. Dźwigają ciężar swojej przeszłości, nie mogą się dopasować, ani znaleźć swojego miejsca. 
 
W "Blue Jasmine" jest dokładnie tak jak w "Annie Hall". Związki są absurdem. Bez którego jednak trudno żyć.

Ech, trochę się pesymistyczny zrobił ten Allen.  Niech lepiej wraca do gry na klarnecie.

środa, 21 sierpnia 2013

Recenzja: „Miłość”, film o byciu w zespole

W „Miłości” brak prawie wszystkich elementów dokumentu filmowego do jakich przywykliśmy – jednoznaczności, weryfikacji faktów, czy szerokiego spektrum wypowiedzi. I dobrze. Dzięki temu wychodzimy z kina pełni wątpliwości i własnych odpowiedzi.

Chyba każdy widział trailer „Miłości”. Jeśli nie, niech szybko nadrobi zaległości.



Trailer jednak może być mylący. Zapowiada bowiem mocno rock’n'rollowe uderzenie. Jazdę bez trzymanki. Nieprawdopodobną i niebezpieczną opowieść o kilku facetach, którzy przed dwudziestoma laty ostro jechali po bandzie. Słowem – ma być ostre strzelanie z armaty.

Film od pierwszych sekund zaskakuje. Nie ma tu reklamowanego rozmachu. Jest za to mnóstwo badawczych spojrzeń w oczy. Widać to od początku, od sceny kiedy Mikołaj Trzaska wchodzi do salki prób, gdzie czekają na niego koledzy z dawnego zespołu. Niby widzimy energiczne uściski rąk, jakby witali się bezproblemowi i niepamiętający złego kumple z wojska. Ale oczy bohaterów pozostają czujne. Zwłaszcza Trzaska obserwuje dawnych partnerów, a co sobie myśli – nie wiadomo, ale na pewno nie do końca to, co mówi.

Film jest wspomnieniem tego, co dawno minęło. To także próba wskrzeszenia umarłej przyjaźni. Takie cuda udają się jednak nielicznym. Czasy niegdyś były świetne, byłoby więc co przywracać do życia. Grupa Miłość w składzie: Tymoń Tymański, Leszek Możdżer, Jacek Olter, Mikołaj Trzaska, (i w nieco późniejszym okresie także Maciej Sikała) była przez wiele lat najlepszym zespołem jazzowym w Polsce. Świetne czasy, wszyscy się zgadzają, a jednak nikt nie chce do nich wrócić. Zapewne dlatego, że każdy z dawnych członków kapeli powędrował w zupełnie innym kierunku.

„Miłość” to film o relacjach międzyludzkich, bardziej niż o muzyce. Opowiada o spotkaniu trzech osobowości, tak odmiennych, że trudno uwierzyć, że były zdolne razem funkcjonować.

Nie jest to więc typowy dokument muzyczny, w którym oddaje się głos każdemu tylko, kto się zetknął z zespołem. Nie ma tu wypowiedzi producenta pierwszej płyty, zazdrosnej żony, jednego z najwierniejszych fanów, czy członka ekipy nagłaśniającej koncert. I niczego nie brakuje. Reżyser zrealizował film według własnego pomysłu, bez uciekania się do wzorców amerykańskich, z którymi publiczność obyła się dzięki powszechnej dostępności kanału Discovery. Dzięki zmienionej formule dokumentu widz jest zaskakiwany i nie nudzi się nawet przez chwilę.

Bohaterów jest tylko trzech. Czterech, jeśli dodać wypowiadającego się późniejszych fragmentach filmu – Sikałę. Pięciu, gdy uwzględnić Jacka Oltera, który popełnił samobójstwo wyskakując z okna szpitala psychiatrycznego. Na najprostszym poziomie spotykają się tu trzy zupełnie odrębne charaktery. Punkowiec, typ wiecznie niespełnionego artysty, ułożony akademik. Patrzymy na nich z bardzo bliska i widzimy jak na dłoni – interakcje, przyjaźnie, konflikty i sojusze.

Nieistotna również dla reżysera i scenarzysty dokumentu, Filipa Dzierżawskiego, jest warstwa faktów. Nie weryfikuje w żaden sposób wypowiedzi swoich bohaterów, nie cenzuruje. Podaje je nam obraz do własnej oceny.

To seans z pewnością na więcej niż jeden raz. Choć i ten pierwszy jest niezwykle satysfakcjonujący. Zostawia jednak z poczuciem, że zagadka nie została do końca rozwikłana. Film trwa więc jeszcze długo po wyjściu z kina. Rzadko się zdarza reżyserom dokumentu pozostawić widza jednocześnie ze sporą wiedzą na temat przedstawianego zagadnienia i pytaniem kołaczącym się wciąż w głowie: o co tak naprawdę tutaj chodzi?

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Recenzja: Craig Taborn "Chants" (2013)

Craig Taborn nieczęsto nagrywa płyty pod swoim nazwiskiem. W jego trwającej ponad 20 lat karierze „Chants” jest dopiero piąte w kolejności. Nie znaczy to jednak, że ten jedyny w swoim rodzaju pianista próżnuje. Udziela się bowiem obficie na wielu cenionych albumach takich artystów jak: Chris Potter, Roscoe Mitchell, Michael Formanek, Dave Douglas.

„Chants” to jego druga płyta nagrana dla słynnej wytwórni ECM. Dwa lata temu ukazał się świetny „Avenging Angel”. Płyta solowa. Minimalistyczna. Zbudowana w całości wokół ciszy, zdumiewająca dramaturgią, trzymająca w napięciu zdolnym rozsadzić wyobraźnię.

Taborn to spec od kreowania nastroju. Przy czym słowo nastrój należy traktować tu z całą odpowiadającą mu powagą. Gdy mówi się o nastroju w przypadku takich artystów jak Taborn, nie mamy na myśli ognia trzaskającego w kominku w zimowy wieczór, albo kolacji przy świecach.

Zmiana nastroju polega na wprowadzeniu w inny stan świadomości. To przeniesienie percepcji na inne tory. Zmiana interpretacji świata.

Od razu trzeba zaznaczyć, że wejść w tabornowy nastrój nie jest łatwo. Wymaga to porzucenia dotychczasowych wyobrażeń dotyczących czasu i przestrzeni. Jego muzyka zarówno na „Chants”, jak i poprzedniej płycie, pozbawiona jest typowo rozumianej motoryki.

Jest w pewnym sensie zostawiona sama sobie. Nic nie jest tu narzucone, nikt jej nie prowadzi, nie pcha na siłę. Mnóstwo tu otwartej przestrzeni. Wolnej, niezorganizowanej, przykrytej niekiedy mocno abstrakcyjnie brzmiącymi dźwiękami.

Tabornowi na „Chants” towarzyszą Gerald Cleaver i Thomas Morgan. Sekcja rytmiczna, którą nie tak dawno mieliśmy okazję słyszeć na „Wisławie” Tomasza Stańki. O ile jednak na albumie polskiego trębacza panowie grali pod dyktando lidera. To u Taborna tworzą z liderem organizm nierozerwalny, składające się z równej wagi elementów trio. Nic w tym dziwnego, muzycy ci grają już ze sobą od 8 lat. To ich pierwsza udokumentowana studyjnym nagraniem próba.

Muzyka na „Chants” jest mroczna, momentami bardzo kanciasta, nawiedzona, poszukująca, zadająca raczej pytania niż udzielająca odpowiedzi. Jest to jednocześnie pełnokrwista improwizacja, wrażliwa, organiczna, wsłuchana w siebie.

Jest to naprawdę mocna rzecz.


PS. Nie ma na youtubie ani jednego utworu z "Chants". Posłuchajmy więc "This is how you disappear" z poprzedniej płyty Craiga Taborna.