poniedziałek, 17 marca 2014

"Wszystko będzie wszystkim" - wywiad z Ambrosem Akinmusire

Mówi się o nim, że gra na trąbce jakby to nie była trąbka. Coś w tym jest. Jego nieortodoksyjne podejście do gry przywodzi na myśl największych jazzowych mistrzów. Repertuar tonów, które wydobywa z instrumentu jest tak szeroki, że w kuluarach szepcze się, że to człowiek-kameleon. Specjalnie dla jazzsoul.pl, laureat najbardziej prestiżowych konkursów jazzowych na świecie, Ambrose Akinmusire opowiada o swojej drugiej płycie nagranej dla Blue Note Records.



Po nagraniu ostatniej płyty „When Heart Emerges Glistening” chwaliłeś się, że masz zespół, w którym wszyscy rozumieją się bez słów. Czy coś się zmieniło przy „The Imagined Savior Is Far Easier to Paint”?
Nic! Jestem bardzo szczęśliwy, że współpracuję z tak oddanymi zespołowi muzykami. Czujemy się naturalnie ze sobą, lubimy spędzać ze sobą czas. Jedyna różnica polega na tym, że tym razem był nas o wiele więcej. Nagrywaliśmy przecież z kwartetem smyczkowym, kilkoma wokalistami, gitarzystą.

Jak doszło do poszerzenia zespołu? Czy wybrałeś muzyków, z którymi zawsze chciałeś grać, czy rzecz odbyła się w inny, może bardziej przypadkowy sposób?
Zupełnie szczerze – to wszystko artyści, których po prostu uwielbiam. Każdy z nich kreuje swój unikalny muzyczny świat. To wspaniałe osobowości. Mam na myśli wokalistów Theo Bleckmann, Becca Stevens, Cold Speck. Z gitarzystą Charlesem Alturą chodziliśmy razem do szkoły średniej, więc znamy się szmat czasu i rozumiemy w mig.

Mówisz o dobrej chemii w zespole, coś jednak sprawiło, że z bandu odszedł Gerald Clayton. Na nowej płycie gra Sam Harris.
Gerald to fenomenalny pianista. Niezwykle wrażliwy muzyk. Dalej się przyjaźnimy, zresztą marzę o tym, żeby nim jeszcze coś nagrać. Może jakaś płyta w duecie? Jeśli pytasz o powody rozstania, to po prostu poczułem, że mój band zmierza trochę w innym kierunku i że nasze drogi dosyć naturalnie się rozchodzą. A Sam ma ostatnio niesłychane wzięcie. Kiedy pojawiła się możliwość zaproszenia go do mojego zespołu, natychmiast z niej skorzystałem.



Nie wiem czy się zgodzisz, ale nowa płyta brzmi zupełnie inaczej niż poprzednia. Bardziej nastrojowo, kontemplacyjnie.
Szczerze – mam nadzieję, że to brzmi inaczej (śmiech). Zwróć uwagę, że poprzedni materiał nagrywaliśmy cztery lata temu, to kawał czasu. Teraz mam 31 lat, wtedy miałem 27. Wszyscy dojrzeliśmy jako muzycy. Z drugiej strony, chciałbym żeby pewne nasze charakterystyczne elementy pozostały wspólne. Popatrz na skład zespołu. Trzon pozostaje ten: Harish Raghavan na basie, Justin Brown perkusja, Walter Smith III na tenorze. Reszta muzyków, o których mówiłem wcześniej tworzy ogromnie istotną warstwę dekoracyjną. To oni w dużej mierze odpowiadają za nastrój płyty, o którym wspomniałeś.

Zdaje się, że nie akceptujesz krótkich tytułów płyt. Jest w tym jakaś przesłanie?
Tytuł nagrania jest dla mnie dosyć szczególny, ale nie oczekuj, że wyjaśnię Ci dokładnie na czym polega jego sens (śmiech). Nie chcę żeby ludzie interpretowali go w ścisły, przeze mnie założony sposób. Wiesz, jeśli powiem, że album jest przykładowo o wybuchu wulkanu, wszyscy zaraz będą myśleć, że jest o wybuchu wulkanu. Ogólnie myślę, że przesłanie i opowieść są niezwykle ważne w naszej pracy. Bo jeśli nie, to dlaczego w ogóle gramy? Każda kompozycja ma swoją historię, charakter, narrację. Wszystkie te utwory, oprócz tego który napisała Becca, powstały w podobnym okresie. Myślę, że to najlepsza z możliwych dokumentacji rzeczy, które wydarzyły się wokół mnie, a także wewnątrz mnie w tym czasie.

Terence Blanchard, z którym miałeś okazję współpracować, powiedział że grasz na trąbce jakby to nie była trąbka.
(śmiech). Kompletnie nie wiem co mam na to powiedzieć. Chyba tylko, że nie myślę o swojej grze w ten sposób. W pewnym sensie w ogóle nie myślę o tym jak gram. Wiem, że nie gram jak typowy trębacz. Ale nie gram również jak Ambrose Akinmusire. Gram jak coś lepszego niż ja sam. Wierzę w siłę wyższą – wyższy stan świadomości. Myślę, że wielkich artystów takich jak Wayne Shorter, Joni Mitchell czy John Coltrane cechuje umiejętność wdarcia się na te wyżyny i trwania tam naprawdę długo.

Jaka jest więc Twoja metoda na doskonalenie stanu umysłu? Medytacja, a może środki halucynogenne?
(śmiech) Nic z tych rzeczy. Mówiąc szczerze – jeszcze tam w pełni nie dotarłem. Część zabawy polega na tym właśnie, że zawsze za tym podążasz. Może to zabrzmi nieco banalnie, ale chodzi o to żeby być w zgodzie ze sobą. To ogromna praca, widzieć siebie takim jakim się jest.




No właśnie. Często podkreślasz, że najważniejszą jakością artysty jest autentyczność. Jak to rozumiesz?
Autentyzm jest szalenie ryzykowny. Nie możesz być autentyczny kiedy pokazujesz jedynie swoje mocne strony. Zauważ, że żyjemy w społeczeństwie, w którym coraz trudniej pokazywać jest swoje niedoskonałości. Na portale społecznościowe wszyscy wrzucają tylko swoje najlepsze zdjęcia z podpisem „Today I’m feeling great”. To buduje nieprawdziwy obraz danej osoby. Bo co ze wszystkimi innymi dniami: tymi, którymi czujemy się fatalnie, tak że chce się skoczyć z mostu. Ale podobny mechanizm działa również w drugą stronę. Nie będziesz autentyczny kiedy skupisz się jedynie na tym co w tobie negatywne. Trzeba szczerze walnąć: „Jestem jaki jestem. Kochaj mnie lub nienawidź, ale wiedz że staram się być coraz lepszy”. Myślę, że to czyni artystę autentycznym.

Powiedziałeś też kiedyś, że chcesz zmienić muzykę.
Hmm. Chyba nie chodzi o to że chcę ja zmienić, ale chcę być częścią wielkiej zmiany, która się dokonuje na naszych oczach. Chciałbym być jednym z tych, którzy sprawiają że muzyka się rozwija. Postrzegam muzykę jako coś co płynie z niesłychaną prędkością do przodu. Zabierając ze sobą, niczym rzeka, wszystko co znajdzie się w jej zasięgu. Muzyka zbiera wpływy z całego świata. By na koniec – wszystko stało się wszystkim. To tak jak z rasą. Kiedyś zniknie taka kategoria. Wszystko się wymiesza samoistnie, to tylko kwestia czasu. Może 400 lat, może odrobinę więcej, ale nie będzie już oddzielnych gatunków muzycznych. Jazzu, hip-hopu, rocka. Będzie po prostu muzyka.

Przyszłość zapowiada się więc ekscytująco. Masz już może jakieś plany?
„Imagined Savior is Far Easier to Paint” to tylko jedna stacja w dalekiej drodze. Mam mnóstwo pomysłów, które chcę zrealizować. Chcę grać z jak największą liczbą kreatywnych muzyków na całym świecie. Duetach, triach, wszystko jedno. Może nawet kiedyś napiszę symfonię. A tymczasem nie mogę doczekać się występu w Twoim kraju na początku kwietnia!

sobota, 1 marca 2014

Moje piosenki są moje

Normalna dziewczyna. Znacie takich ze trzydzieści. Ale kiedy zaczyna śpiewać, a w pokoju już dawno zgasło światło i wszyscy w domu śpią, to nagle pstryk! i zabawki ożywają, lalki tańczą na stole i paprotki kiwają się do rytmu. Fredrika Stahl to trochę jazzu, trochę popu, młodość i autorskie teksty. O roli reklamy i samotności w karierze muzyka opowiada Znudzonemu Rockmanowi.


Przeczytałem w jednym z wywiadów, że byłaś maniakiem gier komputerowych.

Faktycznie! (śmiech) Ale to jest chyba naturalne kiedy dorasta się z dwoma braćmi.

Wiesz, strzelanki jakoś mi nie pasują do twojego muzycznego profilu...


Nie, nie, nie. Raczej nie byłam fanką strzelanek. Chociaż moi bracia je uwielbiali. Ja wolałam raczej gry strategiczne,coś jak Age Of Empires. O kurcze, teraz czuje że mam ochotę w coś pograć! Chociaż w dzieciństwie w pewnym momencie zorientowałam się, że może jednak marnuję czas spędzając go przed komputerem, zamiast przed fortepianem. Więc coraz bardziej skupiałam się na muzyce.

Jak opisałabyś tę swoją muzykę? Czy to jeszcze jazz?


Myślę że zawsze tworzyłam muzykę POP. Nawet na moich pierwszych płytach znalazły się głównie popowe piosenki, chociaż rzeczywiście są one zaaranżowane nieco na jazzowo. Słychać też czasami sporo soulu. Ale w gruncie rzeczy, czuję się artystką popową, nawet jeśli są jakieś ślady innych gatunków w mojej muzyce. Wiesz, jazz ma sporo wolności melodycznej. Ja nigdy nie śpiewałam standardów jazzowych na moich płytach, ale uczyłam się na nich śpiewu. Więc myślę, że to miało spory wpływ na moją edukację i że to może pobrzmiewać w moich utworach dzisiaj.

Jazz to wolność mówisz - to oczywiście prawda, ale dziś jazz to też ścisłe zasady...


Oj tak! W zupełności się z tym zgadzam. To jest właśnie to, co mi się w jazzie nie podobało. Dlatego też nigdy nie chciałabym nazwać się po prostu piosenkarką jazzową. Nawet jeśli decyduję się na jazzowe aranżacje moich piosenek, to chciałabym żeby pozostały MOIMI piosenkami.

 

Kiedy wydałam moje pierwsze nagranie byłam bardzo młoda. Miałam zaledwie 17 lat, byłam niepozorną blondynką ze Szwecji. Potem zdarzało mi się grać z muzykami jazzowymi i wciąż słyszałam: 'ooo nie, nie możesz tego robić w ten sposób, nie nie'. Mówili - 'nie możesz grać jazzu w tak młodym wieku. Może dopiero jak przekroczysz czterdziestkę'. Do tego byli dość zamknięci na wszelkie innowacje i zmiany.

Nigdy nie było mi tak dobrze z tym co robię, jak teraz - bo teraz czuję, że mam pełną kontrolę nad moją praca i moja twórczością. Nie jest jednak tak, że nie doceniam tego czasu, który spędziłam z muzykami jazzowymi, to mnie wiele nauczyło. To była moja szkoła. Ale teraz już mogę robić swoje.

Słyszałem, że kiedy tworzysz zawsze zaczynasz od słów, a muzyka powstaje później. Czy to prawda?

Tak było kiedyś.

Było?

Zawsze zaczynałam od tekstów, bo myślałam, że to jest najtrudniejsze. Myślałam – dobra, napiszę tę historię, a potem sobie ją zilustruję muzyką.

Jakoś zawsze miałam więcej pomysłów na muzykę niż teksty, więc w końcu doszłam do wniosku, że nie warto odkładać pomysłu na melodię aż przyjdzie mi do głowy dobry tekst. Tak zaczął zmieniać się rytm mojej pracy. Kiedy coś wymyślam, to pracuję nad tym, niezależnie od tego, czy jest to strzępek tekstu czy fragment melodii. Takie inne podejście popycha mnie w zupełnie innym kierunku. Za każdym razem. Co innego powstaje kiedy zaczynam od fortepianu, co innego kiedy od pisania, a jeszcze co innego kiedy pierwszy w mojej głowie pojawia się rytm. Dlatego teraz nie stosuję się do żadnej ścisłej reguły.


Próbowałem zinterpretować tekst jednej z najbardziej znanych twoich piosenek 'Willow'. Rzecz jest albo o niespełnionej miłości, albo o odnajdywaniu komfortu w cierpieniu. Na dwoje babka wróżyła.

No nie do końca (śmiech). Piosenka jest oparta na znanym micie nordyckim o wierzbie. Drzewo w tej opowieści jest symbolem oczekiwania na miłość.

No to nie do końca się zrozumieliśmy!

Niby tak, ale z drugiej strony staram się tak pisać moje teksty, żeby nie były jednoznaczne. Nie chcę narzucać nikomu jednej oficjalnej interpretacji. Jeżeli ktoś w mojej piosence widzi coś, o czym ja nie pomyślałam nawet pisząc ją, to mnie to także bardzo cieszy.

Lubisz pracować w samotności?

Raczej tak. Wtedy łatwiej mi się skupić. Kiedy musisz próbować różnych rzeczy, kiedy wpadają ci do głowy urywki pomysłów, które chcesz przetestować to obecność kogoś w pobliżu jest krępująca. Sprawia, że czuję się zdenerwowana, niepewna. Zwykle pracuję w Szwecji. Tam mogę się zaszyć i mieć chwilę dla siebie.



Wiem, że jeszcze wszystko przed Tobą, ale czy dziś możesz wskazać jakiś najważniejszy, przełomowy moment w swojej kariery? Ze Szwedzkiej samotni wypłynęłaś przecież na międzynarodowe wody.


Mogłabym wskazać kilka momentów i kilka osób, ale chyba najszczerszą odpowiedzią będzie: reklama Nissana Jke. Wykorzystano tam moją adaptację kołysanki „Twinkle Twinkle”. Reklama emitowana była w około 60 krajach i wszyscy, robiąc sobie herbatę w przerwie filmu słyszeli jak śpiewam. Można się krzywić na komercję i reklamy, ale dla mnie był to spory sukces. Nagle okazało się, że mogę grać więcej koncertów, że więcej ludzi na całym świecie interesuje się moją muzyką. To też była trochę moja reklama!

 Jazzsoul.pl

środa, 4 grudnia 2013

Dotknięty przez obcego




Można śmiało powiedzieć, że piosenka "So long, Marianne" Leonarda Cohena to piosenka o mnie. Choć za żadną Marianne nigdy "so long" nie wołałem, ani nawet poważnego rozstania w swoim życiu nie przeżyłem.

Nie ma to jednak większego znaczenia. "So long, Marianne" to piosenka o moim życiu, a dokładniej o tej jego szczególnej części, która nigdy się nie wydarzyła. A która -  równie jest dla mnie ważna.

Najpierw więc fruwałem tam i z powrotem. Jadłem i piłem byle co. Szczerzyłem się do księżyca, zataczając pijane kręgi tu i tam. Potem zjawiła się ona.

I used to think I was some kind of Gypsy boy 
Before I let you take me home.

Początkowo odnalazłem komfort.

Well you know that I love to live with you,
But you make me forget so very much.
I forget to pray for the angels
And then the angels forget to pray for us.

Ale czułem, że tracę coś istotnego.

I'm standing on a ledge and your fine spider web
Is fastening my ankle to a stone.

Zrobiło się duszno. Uchyliłem więc okno. Skoczyłem. Spadałem dłużej jednak niż wynikało z moich  kalkulacji.

Wyszedłem z tego kaleki. Zaprzepaściłem życie dla mglistej idei wolności.

Jeśli uznacie więc kiedyś moje życie za nieciekawe i nudne, pomyślcie o tej jego barwnej części, która się nie zdarzyła, od razu zmienicie zdanie.

To, co przychodzi spoza nas i należy do obcych ludzi, czasem jest dla nas prawdziwe bardziej niż my sami dla siebie. Gdy o tym myślę, zaczynam powoli rozumieć Marka Chapmana, który grudniowego wieczora 33 lata temu, czekał z pistoletem pod nowojorskim domem słynnego rockmana.

Za chwilę  słychać już było tylko pięć śmiertelnych wystrzałów i okrzyk: "to ja jestem prawdziwym Johnem Lennonem!".

wtorek, 19 listopada 2013

Wojtek Mazolewski Quintet zagrał w krakowskim Forum Przestrzenie

Tłum, ścisk, gwar. Na zewnątrz dziesiątki skrzyń z czerwonymi jabłkami, kolorowe marynarki, okulary i dym papierosowy wydobywający się z licznych ust, które w zaistniałych okolicznościach pełniły przede wszystkim funkcję praktycznego dodatku do dumy każdego hipstera – wąsów.

Wewnątrz – kolorowe marynarki, okulary, postaci leżące, popijające i gestykulujące. Trzeba nie lada zręczności, żeby przedrzeć się przez nieprzebraną gmatwaninę ludzkich ciał, kończyn, powyginanych i poskręcanych tak, że niektórych (choć w dziedzinie anatomii, nie byłem nigdy, nomen omen, noga), wcale już nie poznawałem. Parłem na przód, do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie grać miał tego dnia kwintet Wojtka Mazolewskiego.

Po chwili już leżałem na leżaku i wszystko wydawało się być piękne. W ręce trzymałem jabłko soczyste i kruche. W drugiej piwo – świeże i orzeźwiające. Obok mnie mi podobni. Salę przygotowano bowiem w ten sposób, żeby każdy mógł obejrzeć koncert w pozycji horyzontalnej. Trudno się dziwić. Znajdowałem się w samym sercu krakowskiej mody, w miejscu skąd arteriami prowadzącymi ku krakowskim dzielnicom i osiedlom płyną życiodajne soki wspaniałego hipsterstwa. Byłem w  Forum Przestrzenie.

Z minuty na minutę, masy ludzkie rosły jak na drożdżach i choć nie wyglądały w większości na zainteresowane koncertem, napierały. Organizatorzy w pewnym momencie stwierdzili, że lepiej będzie jeśli widownia obejrzy koncert na stojąco. Niektórzy skwitowali to jękiem zawodu. Nie było jednak wiele czasu na lamentowanie. Na scenę zaraz nie bez wdzięku wkroczył Wojtek Mazolewski i jego kompania. Wystąpili: Marek Pospieszalski – saksofon, Adam Milwiw-Baron – trąbka, Joanna Duda – piano, Michał Bryndal – perkusja.

Atmosfera nie była typowa dla koncertów jazzowych. Zwykle przychodzą na nie świadomi fani muzyki w skupieniu posłuchać dźwięków, zapłaciwszy często słono za bilet. Tutaj było nieco inaczej, koncert był darmowy, a odbywał się w ramach festiwalu trwającego kilka dni „GRANDA! chodź na jabłka”. (Na ile motyw przewodni miał wspólnego z popularnym producentem najnowszych technologii, tego nie wiem).

Było więc wiele osób, które znalazły się na koncercie zapewne przypadkowo. Z tyłu sali odbiór muzyki ginął w zgiełku rozmów, śmiechów, wygłupów. Nie w smak było to koneserom, dałem więc jeszcze raz tego wieczoru nura w ludzką gęstwę, by za chwilę wychynąć pod samą sceną – tak, że miałem mazolowy kontrabas na wyciągnięcie ręki.

Zobaczyłem zespół w całej krasie: wąsy Barona i Bryndala, irokeza na głowie Dudy, szelmowsko uśmiechającego się Pospieszalskiego i zbyt krótkie (tak modnie jest) spodnie Mazolewskiego.
Rozlegają się dźwięki Nionio. - Jesteście niesamowici, że przyszliście dziś w takiej ilości słuchać tak pojebanej muzyki! – zakrzyknął Mazolewski. Zabawa była rzeczywiście przednia. Był jazz, ale nie dla tych, którzy nie wyściubiają nosa poza klasyczne nagrania Milesa Davisa i Johna Coltrane’a. Grano głównie utwory z „Wojtka w Czechosłowacji”, kilka nowych kompozycji z nadchodzącej płyty „Polka” i pierwszego albumu kwintetu „Smells Like Tape Spirit”. Było przebojowo i rozrywkowo. Między utworami Wojtek przybijał piątkę z kolegami i koleżanką z zespołu.

Stylistycznie repertuar zakrojono szeroko, wplatając w typowo improwizacyjną estetykę covery Nirvany i Maxa Romeo. Brzmiało to współcześnie, rockowo-reaggowo-jazzowo. A może nawet hipster jazzowo?

Wojtek Mazolewski Quintet potrafi dać czadu, grać atrakcyjnie. Podoba się młodzieży (i starszym pewnie też), bo gra bardzo aktualnie i melodyjnie, a jednocześnie stanowi alternatywę wobec muzyki czysto mainstreamowej. Słowem – kto się nie bawił dobrze, ten pewnie głuchy!


piątek, 20 września 2013

Relacja: Wovoka w Pięknym Psie

Mewa Chabiera pląsa boso na scenie. Raphael Rogiński pochyla się nad gitarą. Szpura wierci się za zestawem perkusyjnym. A Ola Rzepka z pewną dozą nieśmiałości uderza w klawisze Hammonda. Cóż to za zebranie, zapytacie. Toż to nic innego jak zespół Wovoka, występujący chybko w Pięknym Psie.

Koncerty Wovoki reklamowane są jako pewnego rodzaju seans spirytualistyczny, podróż do praźródeł muzyki, czy hołd dla kultur transowych. W istocie, jest to nic innego jak mocno archaiczny blues, zagrany jednak nowocześnie, z repetycją mającą na celu wywołać efekt hipnozy.

Wokalistka, na oko bardzo miła dziewczyna, głos miała niski, mocno modulowany. W zasadzie bardziej rockowy niż bluesowy, jazzowy czy inny. Mewa śpiewała bardzo ekspresyjnie, momentami zdzierając gardło na całego i odpływając gdzieś daleko w nieznane przestrzenie. Najlepiej brzmiała przy takich klasycznych starociach jak „Hard Times Killing Floor”.

Raphael Rogiński to z kolei człowiek-zagadka. Na pierwszy rzut oka jakby szarpidrut. Gra brudno, często na otwartych strunach przy mocno przesterowanym brzmieniu. Artykulacja zupełnie rozmyta, solówki grane na jednej strunie. Wszystko u niego ostatecznie sprowadza się do pomysłowej repetycji pojedynczego dźwięku czy frazy. Na początku nie wiadomo czy tak chce, czy inaczej nie potrafi.

Potem jednak przychodzi olśnienie. Człowiek zaczyna rozumieć jak oryginalny i interesujący jest to artysta. Posługujący się nie tylko indywidualnym językiem, ale znacznie szerzej – definiujący własną estetykę. To on właśnie stanowi podstawę brzmienia Wovoki. Projektu na polskiej scenie nietypowego i któremu warto przyglądać się bacznie.


19 września. Kraków. Piękny Pies. Było naprawdę interesująco!

poniedziałek, 2 września 2013

Relacja: Roger Waters na Stadionie Narodowym w Warszawie

Na koncercie Rogera Watersa poczułem się jak bohater „Sensu Życia wg Monty Pythona”. Ten, po którego wątrobę przychodzą lekarze-transplantolodzy. I który tłumaczy, że organ ten co prawda nadaje się do przeszczepu, ale jeszcze go używa i w gruncie rzeczy jest do niego przywiązany. Ci z kolei, śpiewają mu taką oto piosenkę i zamykają dyskusję.



Biedak, przejęty wymową utworu i tym jak nieistotny jest jego wymiar w obliczu ogromu wszechświata - mięknie, a po jego organ wędrują stalowe szczypce.

Na koncercie Rogera Watersa poczułem nędzę swojego jednostkowego istnienia. Bo cóż znaczę ja wobec wielkiego show, które przygotował muzyk?

Zaczęło się od ciemności, którą szybko zastąpiły błyski świateł, sztuczne ognie, iskry, dym, ryk syren i eksplozji. Wybuchła ściana dźwięku.

Na scenę wkracza z tryumfalnie uniesionymi rękoma Roger Waters. Na niego zaś czeka druga para rąk, trzymająca srebrną pelerynę, która zaraz ląduje na plecach mistrza ceremonii.

Z daleka Waters wydaje się zaledwie mróweczką. Wzdłuż sceny jednak postawiono gigantyczny mur, który pełni rolę telebimu, na którym można było oglądać zbliżenia twarzy Artysty, a jednocześnie oglądać wyświetlane nań wizualizacje utworów z legendarnej płyty Pink Floyd.

Co pewien czas na murze pojawiały się też hasła i symbole będące przesłaniem muzyka i jego show. Hasła te wyrażały sprzeciw wobec ideologii, religii, zniewoleniu, globalizacji, międzynarodowym korporacjom, kłamstwu, mass-mediom, problemowi głodu na świecie i wielu innym.

W czasie koncertu Watersa dźwięku dobiegały zewsząd. Nie tylko ze strony sceny. A były to dźwięki najrozmaitsze – na przykład wystrzały z karabinów. Niektóre z nich, zwłaszcza wokal, odbijały się od wewnętrznych ścian stadionu, co sprawiało wrażenie dublowania się, czy mówiąc fachowo, interferencji fal dźwiękowych. Zapewne ktoś przez nieuwagę odkręcił gałkę z pogłosem na maksimum.

W powietrzu z kolei, latały różne obiekty. A to spadający samolot, który pod koniec lotu podpalał się, a to fruwająca świnia czy olbrzymich rozmiarów dmuchany belfer przy okazji - „Another Brick In The Wall”.

Muzyka też nie była zła, choć więcej było tu do patrzenia niż do słuchania.

W skrócie: na koncercie Watersa poczułem się nieistotny. Mur na końcu runął. A ja pozostałem wzbogacony o wiedzę o tym, co myśleć o ideologiach, religiach, zniewoleniu, globalizacji, międzynarodowych korporacjach, kłamstwu, mass-mediach, problemie głodu na świecie i wielu innych.

Bilans jest więc dodatni.

sobota, 24 sierpnia 2013

Woody Allen - Blue Jasmine

Niewiele osób wie, że Woody Allen, ceniony muzyk, klarnecista, w wolnych chwilach, gdy dopada go zmęczenie dźwiękami i odrobina melancholii, zawiesza instrument na kołku. Chwyta wtedy za kamerę, zakasuje rękawy i marzy o kręceniu filmów.

W ten sposób powstało ich już blisko pięćdziesiąt.



Ostatni to "Blue Jasmine". Współczesna adaptacja "Tramwaju zwanego pożądaniem". Historia bardzo woody-allenowska, czyli zupełnie inna niż kilka ostatnich, przypominających kolorowe pocztówki z widokami z Paryża, Barcelony czy Rzymu.

"Blue Jasmine" to Woody Allen z krwi i kości, bo rzecz traktuje o relacjach międzyludzkich. Konkretniej - o związkach. Jeszcze precyzyjniej: o związkach między kobietami i mężczyznami. I tu właśnie precyzja się przydaje: Woody Allen, owszem, kręci filmy o tym, co wydarza się między kobietą i mężczyzną, ale nie kręci filmów o miłości.

Allen kręci filmy o związkach. A miłość i związek to zupełnie inne sprawy, choć zdarza się, że występują jednocześnie.

Wiele powstaje opowieści o namiętności, gwałtownym uczuciu, niespełnieniu czy idealizacji. Znacznie mniej o tym, co chyba przytrafia się częściej: niespełnionych potrzebach, samotności i zmęczeniu, oczekiwaniach, dylematach, poszukiwaniach oraz często zbyt racjonalnych decyzjach.

Bohaterowie filmów o miłości przeżywają chwile, niekiedy absolutnie kosmicznego, uniesienia. Zauraczają się wzajemnie lub bez wzajemności. Czasem żyją długo i szczęśliwie.

Bohaterowie filmów o związkach, takich jak "Blue Jasmine", szarpią się między swoimi oczekiwaniami a rzeczywistością. Szamocą. Dźwigają ciężar swojej przeszłości, nie mogą się dopasować, ani znaleźć swojego miejsca. 
 
W "Blue Jasmine" jest dokładnie tak jak w "Annie Hall". Związki są absurdem. Bez którego jednak trudno żyć.

Ech, trochę się pesymistyczny zrobił ten Allen.  Niech lepiej wraca do gry na klarnecie.