niedziela, 27 kwietnia 2014

Dziesięć lat krótkiego oddechu - rozmowa z Lisą Stansfield

Gdy wydawało się, że jest na samym szczycie nagle znika bez słowa i w zasadzie poza kilkoma filmami, w których zagrała nie daje znaku życia. Teraz Lisa Stansfield wraca z nowym albumem „Seven” i jest w świetnej formie.
Rozmowa z Lisą jest trochę jak pogawędka z koleżanką. Śmieje się w nieoczekiwanych momentach, nuci melodię, której i tak nie rozpoznajesz, albo przeprasza, bo musi coś zjeść, ale mówić nie przestaje.



Obawiam się, że moje pierwsze pytanie może nie być oryginalne, jeśli zapytam… 
Co mi przyszło do głowy, żeby wznowić muzyczną karierę, po tylu latach milczenia. Może to pomińmy?
(Tutaj Lisa śmieje się głośno, tak, że nie mam serca kontynuować tego tematu. Ostatecznie najważniejsze, że wróciła do śpiewania).
Wszystkie wywiady z Tobą zaczynają się w ten właśnie sposób. Może spróbuję więc inaczej: co jest lepszego w śpiewaniu od bycia aktorką?
To strasznie trudne pytanie! Sama nie wiem. Bo przecież oba zawody to wyzwanie. Tak samo wielkie. I oba zawody sprawiają mi równie wielką przyjemność. Kiedy śpiewasz, i kiedy grasz nigdy się nie nudzisz, zawsze wokół ciebie jest coś szalenie interesującego. Śpiewanie ma wiele z aktorstwa – opowiadasz pewną historię, musisz wcielić się w jakąś rolę. A ja to bardzo lubię.
A jednak przestałaś śpiewać na całą dekadę! Powiedziałaś kiedyś, że w czasie gdy nagrywałaś swoje trzy pierwsze albumy, byłaś tak zapracowana, że nie miałaś czasu, żeby pobyć tak naprawdę sobą. Czy to jeden z powodów, dla których zdecydowałaś się później zrobić przerwę w karierze?
To był faktycznie zupełnie szalony czas. W pewnym momencie zamarzyło się mi po prostu odrobinę prywatności. Rozumiesz, o czym mówię? Tylko, że szczerze mówiąć, ja wtedy myślałam, że biorę krótki oddech, najwyżej rok urlopu! Byłam przekonana, że to będzie jedynie krótkie odsapnięcie, a wyszło z tego dziesięć lat.
(Lisa znów śmieje się, jak zwykle kiedy mówi się o jej przerwie w śpiewaniu. Tym razem ja dołączam do niej, bo faktycznie – ile to razy człowiek myśli sobie, że zdrzemnie się na minutkę, a budzi się rano).
Wracając do śpiewania po takim czasie czułaś, że masz coś do udowodnienia?
Tylko, że ja tak naprawdę nie czuję, że naprawdę odeszłam od śpiewania. Po prostu zakosztowałam zupełnie normalnego życia. I w tym normalnym, codziennym życiu cały czas śpiewałam. Nie były to może w pełni profesjonalne wykonania w wielkich halach koncertowych, ale muzyka towarzyszyła mi przez cały ten czas. To po prostu moja pasja.
Rozumiem, że śpiewałaś pod prysznicem.
(Lisa właśnie je (o czym mnie poinformowała wcześniej), teraz śmieje się i lekko krztusi. A potem zamyśla nad tym, czym jest dla niej tworzenie piosenek. W słuchawce straszna cisza, ale kiedy zaczynam się zastanawiać, czy wszystko z nią w porządku, słyszę poważną odpowiedź).
Przez cały ten czas myślałam o piosenkach. Myślałam, pisałam, śpiewałam. Wciąż, każdego dnia. Zapisywałam pomysły na teksty i melodie. Nawet nie zauważyłam jak zrobił się z tego całkiem pokaźny materiał. Miałam w zanadrzu około 50 piosenek. To jest chyba tak, że mnie nikt i nigdy nie może zmusić do porzucenia tego zajęcia. Tak jak nie możesz przestać artyście tworzyć.
Porozmawiajmy teraz o Twoim nowym albumie. Wydaje się, że posiada wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy Twojego stylu. Świetny wokal, niezłe aranżacje, fachowi muzycy. Nie masz jednak wrażenia, że brzmi to trochę staroświecko, trochę tak, jak w latach 80tych? 
Może po prostu dlatego, że to jestem ja. Po prostu ja. Dla mnie najważniejsze jest, żeby być sobie. Wróciłam, ale się nie zmieniam.Może zmieniła się tylko moja perspektywa. Kiedyś na przykład nienawidziłam tras koncertowych, teraz je uwielbiam. Wspaniale jest znowu spiewać, ale znacznie bardziej świadomie. Dzięki temu wszytsko smakuje lepiej. Mamy taki świetny zespół i w maju ruszamy w trasę, a ja już się na nią cieszę.
Fani też się cieszą, chyba jesteś zadowolona z tego, jak płyta „Seven” została odebrana?
Tak! Jestem absolutnie zachwycona i zaskoczona tym, jak przyjęto ten album. Docierają do mnie same miłe reakcje. Jestem szczęśliwcem, że tak udało mi się wrócić. To rzadkie, kiedy ktoś tak znika.
Czy jesteś w stanie powiedziec, jaki był najważniejszy moment w twojej karierze?
(Lisa nie daje się złapać, na takie proste pytania. Błyskawicznie ripostuje).
A może ty mi powiesz?
Wydaje mi się, że było to wydanie albumu „Affection”, który rozszedł się w ponad 5 milionach egzemplarzy na całym świecie.
No tak, a ja po prostu jestem wdzięczna za wszystko co mi się przydarzyło. Za wszystko! Nie należę do tych niewdzięczników, którzy wszystko krytykują i nigdy się nie cieszą. A jeszcze do tego, jak wspaniale, że wciąż mam tyle nowych pomysłów.
A skoro tak, i skoro sama móiwsz, że tyle już jest gotowych utworów, które nie zmieściły się na płycie „Seven”, to czy szykujesz już dla nas jakieś „Eight”?
(Lisa znów śmieje się głośno i nie wiem, czy to zwiastun kolejnej przerwy w jej karierze, czy może przeciwnie. Jej odpowiedź jest też niejednoznaczna).
Wciąż piszę. Wciąż. Utwory czekają. Może coś w tego powstanie.
Czy ty kiedyś odpoczywasz? Czy tylko pracujesz produkując dziesiątki piosenek? A jeśli odpoczywasz, to przy jakiej muzyce?
Przy żadnej! Kiedy jestem zmęczona, to włączam telewizor. Jestem, cóż zrobić, miłośniczką telewizji i tak mój mózg odpoczywa najlepiej. Wiesz, siadam, włączam i słyszę już mój znajomy program.
(Lisa nagle zaczyna nucić czołówkę swojego ulubionego programu telewizyjnego, a ja za żadne skarby nie mogę skojarzyć co to jest. Może to wina połączenie telefonicznego, może mojego niewprawnego ucha, a może różnic kulturowych będących dowodami na niedoskonałą globalizację)
Szkoda tylko, że na trasie nie odwiedzisz Polski.
Szkoda i bardzo mi przykro, ale sam rozumiesz – nie mogę być wszędzie.
(Po kilku minutach nauki, Lisa kończy rozmowę pięknym, polskim i poprawnie wymówionym: Dziękuję).

Rozmowa przeprowadzona dla serwisu jazzsoul.pl

czwartek, 24 kwietnia 2014

Recenzja: Ambrose Akinmusire "Imagined Savior is Far Easier to Paint"

Ambrose Akinmusire posiadł bodaj najważniejsze. Świadomość, że doskonałość muzyczną osiąga się w procesie przekraczania samego siebie (o czym opowiada w wywiadzie dla nas TUTAJ). Wie też, że dokonać tego można nie inaczej niż poprzez uczestnictwo w przeróżnych muzycznych kolaboracjach. Na nowej płycie występuje w niezwykle interesującym, ale i zaskakującym składzie.

On sam pozostaje jedną z najjaśniej lśniących postaci nowego jazzu. Jego poprzednia płyta „When Heart Emerges Glistening” zdobyła nie tylko zainteresowanie publiczności, ale i uznanie krytyków.
„When Heart…” zdawał się być efektem wyśmienitej, spontanicznej zabawy. Ambrose i jego zespół zachwycali luzem, lekkością, niesłychaną interakcją. Grając świeżo, ze smakiem, ogniem.

„Imagined Savior is Far Easier to Paint” to już inna historia. Trębacz wyraźnie się zamyślił. Zespół nie rozbija się już zawadiacko po bandzie, a raczej oddaje poszukiwaniom. A jak się okazuje, we współczesnym jazzie wiele jeszcze jest do odnalezienia. Przede wszystkim w dziedzinie barwy, formy, nastroju.

Dźwięki na „Imagined Savior” mają ogromny potencjał ilustracyjny. Narracja jest niespieszna, dojrzała. Dzięki zatrudnieniu trzech wokalistów (Theo Blackmann, Becky Stevens, Cold Specks), kwartetu smyczkowego i gitarzysty Charlesa Alrtrua muzyka staje się wielowarstwowa, nieco kontemplacyjna.

Jeśli chodzi o samego lidera, to w jego grze da się odnaleźć dosłownie wszystko. Trębacz oczywiście słynie z bogatego repertuaru tonów jaki skłonny jest wydobywać ze swojego instrumentu. Tu jednak przechodzi samego siebie. Weźmy takie „Beauty of Dissolving Portraits Ambrose najpierw się przeciąga, potem pręży jak kot, trochę popłakuje, dalej lekko rechocze, by skończyć na trudnym do zaklasyfikowania jęku.

Ambrose Akinmusire na „Imagined Savior is Far Easier to Paint” przemierza ze swą trupą wszystkie odcienie szarości od ciemnej nocy aż po świt. Największym atutem płyty, obok znakomitych umiejętności występujących tu muzyków, jest właśnie wykreowana tutaj atmosfera. Wszystko to pozwala wierzyć, że Blue Note Records znów staje się wiodącym głosem na światowej scenie jazzowej.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Recz o Hiromi Uehara - Relacja z Wrocławia i słowo o Krakowie

Fatalnie jest kiedy recenzent wpada w podniecenie. Zwłaszcza jeśli zdarza mu się to przy okazji każdego niemal koncertu. Reguły zawodowe zobowiązują – na muzykę należy patrzyć okiem chłodnym i analitycznym.

Zdaję więc relację. Zdania orzekające, pojedyncze, nierozwinięte.

Hiromi Uehara to petarda. Niejaki Jackson Anthony to monstrum faszerowane sterydami. Simon Philips zaś to najprecyzyjniejszy rock’n'rollowiec jaki stąpa po naszej planecie.

Efekt: cios w szczękę nie z tej ziemi. Piorun. Tsunami.

Trio zasuwając w tempie 160 na godzinę i grając przy tym połamane podziały rytmiczne, kończyło utwory równo jakby ktoś każdorazowo odłączał wtyczkę z prądu. A Hiromi, przyćmiona nieco przez wyśmienitych kompanów, połowę koncertu biła brawo i kłaniała się Anthonemu Jacksonowi.

W pewnym momencie burza ustaje. To idealny moment po wyczerpującej i zupełnie oszałamiającej jeździe po bandzie. Hiromi zostaje na scenie sama. Zaczyna grać. Spod jej palców wychodzi bajeczny, delikatny, melodyjny temat.  Echem gdzieś tam odbija się Keith Jarrett. To  „Firefly” utwór z nadchodzącej płyty tria „Alive”.

Potem jeszcze jeden numer, bis. I nawet nie wiadomo, kiedy to wszystko się skończyło.

(W tym miejscu chciałbym przeprosić wszystkich, którzy widzieli koncert Hiromi w Krakowie. Miłe i urocze doświadczenie, wiem bo byłem i siedziałem w pierwszym rzędzie. Ale przy tym co się działo dwa dni później we Wrocławiu, były to niewinne igraszki. Figle jakieś na klawiszach. Hiromi w trio to po prostu szaleństwo.)

sobota, 12 kwietnia 2014

Relacja: Yaron Herman i Adam Bałdych w krakowskim centrum Manggha

Bałdych zaczął od delikatnych muśnięć smykiem po skrzypcach. Nieco stłumionych, na pograniczu ciszy. Subtelny i ledwo słyszalny dźwięk miał jednak frapującą właściwość. Zmieniał percepcję, przestawiał coś w mózgu, tak że człowiek stawał się już tylko słuchaniem.

A słuchać było niewątpliwie czego. Wszystko zaczynało się tu od melodii. Granej szeroko, z rozmachem i słowiańską fantazją. Momentami bardzo lirycznie i czule, a chwilami jakbyśmy urządzali sobie przejażdżkę rumakiem przez bezkresne łąki (formaliści wybaczą to porównanie).

Duet zaczął od kompozycji Adama Bałdycha ("Riverendings", "Letter for E"), przechodząc następnie do "Lamentation for Jeremiah" Thomasa Talisa, by skończyć na kilku klasykach Krzysztofa Komedy, Seiferta czy Hildegardy von Bingen.

Melodie były tu jednak zaledwie przystawką do dań o wiele pikantniejszych. Sednem spotkania obu muzyków była improwizacja. I to taka z gatunku pełnokrwistych, nieco niebezpiecznych i brawurowych. Panowie nie należą do instrumentalistów,  którzy  upajaliby się kojącymi melodiami-zaklęciami.

Muzycy operowali napięciem w sposób zachwycający. Wychodząc od pojedynczych dźwięków, przez zagęszczanie aż do niespotykanej wręcz gwałtowności. W mgnieniu oka potrafili rozpętać burzę. Po czym z gracją, jak gdyby nigdy nic, lądowali w rozpoczętych wcześniej tematach.
Pełnowartościowy i satysfakcjonujący koncert. Kto żyw, z pewnością się nie nudził!


***

Muzycy wystąpili w ramach XX edycji Międzynarodowego Festiwalu Starzy i Młodzi, czyli Jazz w Krakowie. Koncert odbył się w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.

30 maja w sklepach pojawi się wspólna płyta obu jazzmanów zatytułowana "The New Tradition".



sobota, 5 kwietnia 2014

Nowe jazzowe standardy

Dwadzieścia lat temu umarła Nirvana. Pierwszy ulubiony zespół Znudzonego Rockmana, pierwszy którego słuchał ze śmiertelną powagą, choć miał góra ze 12 lat. Dawno, dawno temu z wypiekami na twarzy zapoznawałem się z 'faktami' niezbicie dowodzącymi, że samobójstwo było mistyfikacją. Niemożliwe przecież, że Cobain nafaszerowany dragami uniósł ciężką strzelbę, a ostatnie zdania listu pożegnalnego dopisane były innym charakterem pisma, poza tym za bardzo kochał swoją córkę Frances, żeby chciał sobie od razu strzelić w łeb. 

Dzisiaj Znudzony nie szuka już prawdy o rzeczywistości, tylko oddaje czczym przyjemnościom. Poniżej subiektywna lista najlepszych jazzowych wykonań utworów Nirvany.

 

 





środa, 19 marca 2014

Recenzja: Vijay Iyer "Mutations"

Nikt nie nie wątpił, że nowa płyta pianisty będzie świetna, ale wszyscy zastanawiali się jak zabrzmi. Jeden z najzdolniejszych improwizatorów ostatniej dekady Vijay Iyer rozpoczął współpracę z legendarną wytwórnią ECM.  Na „Mutations” muzyk stoi jedną nogą poza jazzem, ale wciąż zachwyca.

Właściwie nie wiadomo, z jakiej perspektywy najlepiej jest spojrzeć na Vijaya Iyera. Rozmaite bowiem ujęcia wydają się kuszące. To z jednej strony, urodzony w Nowym Jorku pianista hinduskiego pochodzenia z pasją odkrywający swoje muzyczne korzenie. Z drugiej, umysł ścisły zafascynowany matematyką i fizyką, zamiłowanie to wieńczący błyskotliwym doktoratem na Uniwersytecie Berkeley. Z trzeciej, niesłychanie utalentowany jazzman, który w ostatnich latach zgarnia wszystkie najbardziej prestiżowe jazzowe wyróżnienia. Od marca bieżącego roku zaś wykładowca na wydziale muzyki uniwersytetu Harvarda.

Łączenie tych wszystkich ról przychodzi Vijayowi Iyerowi zadziwiająco łatwo. Dowodem niech będzie otrzymany w listopadzie McArthura Fellowship, prestiżowe stypendium znane jako grant geniuszy, przyznawane najwybitniejszym przedstawicielom dowolnych dziedzin. Doceniana jest oryginalność, potencjał i kreatywność. Taką nagrodą wyróżniono m.in. Johna Zorna, Kena Vandermarka czy niegdyś Leszka Kołakowskiego.


Iyer przekonuje w wywiadach, że w procesie tworzenia muzyki świetnie sprawdza się mentalność naukowca. Stawianie śmiałych hipotez, eksperymentowanie i weryfikacja wyników. Weźmy choćby „Mystic Brew” utwór z płyty „Historiocity”, uznanej przez New York Times, Downbeat czy Chicago Tribune za jazzową płytę roku 2009. Pianista aranżując utwór korzysta ze słynnego ciągu liczb odkrytego przez włoskiego matematyka Fibonacciego. W ciągu tym, każda następna liczba jest sumą dwóch poprzednich. W oparciu o tę ideę Iyer konstruuje niestandardowy podział rytmiczny utworu. Buduje je z pierwszych elementów ciągu, i tak zmienia się ono z 3/8 i 5/8 do 5/13, a wreszcie do 8/21. Dzięki temu struktura utworu się zagęszcza, pozostając jednak idealnie symetryczna.


Muzycznie Vijay Iyer jest dalekim kuzynem Theloniousa Monka. Obu panów łączy zamiłowanie do kanciastych melodii i perkusyjnego stylu gry na instrumencie. O ile jednak Monk wiedziony był nieprawdopodobną (choć nieco obłąkaną) intuicją, to Vijay tworzy muzykę głównie w oparciu o swój nieprzeciętny intelekt. Jest kimś w rodzaju budowniczego, który pracuje przy pomocy gwałtownych repetycji i logicznego rozwijania struktur muzycznych. Architektura to zaskakująca, żywa i ekscytująca.



Transfer do Monachium

Podczas gdy polskie i światowe media spekulowały o transferze najsłynniejszego polskiego piłkarza do Monachium, fanów jazzu na całym świecie zelektryzowała inna wiadomość o przenosinach ze stolicą Bawarii w roli głównej. 31 października ogłoszono, że Vijay Iyer został zakontraktowany w ECM records. To legendarny i najbardziej prestiżowy, obok Blue Note Records, wydawca jazzu na świecie. Motto monachijskiej wytwórni przez lata opiewało: „najpiękniejszy dźwięk zaraz po ciszy”. To tu właśnie wydano najlepiej sprzedającą się solową płytę w historii jazzu – koncert koloński Keitha Jarretta.


ECM, będący autorskim przedsięwzięciem wydawcy, producenta i wizjonera Manfreda Eichera, wypracował swoje niezwykle charakterystyczne brzmienie. Ukształtowane niejako w opozycji do królującego w latach 60. hałaśliwego free jazzu spod znaku wyznawców Johna Coltrane'a. Nagrania jazzowe miały od tej pory dorównywać dbałością o szczegóły tym z muzyką klasyczną. Przestano również traktować bluesa jako podstawowy korzeń, z którego wyrastają improwizacje jazzowe. Nadano muzyce charakter kontemplacyjny, z ogromnym wyczuciem czasu i przestrzeni. Sięgając do tradycji, ale tej europejskiej.


Eicher nie tylko kieruje wydawnictwem, odpowiada także bezpośrednio za produkcję i brzmienie ponad 1200 płyt wydanych przez ECM, kieruje też karierą współpracujących z nim muzyków – Jana Garbarka czy Arvo Parta. Zamiast za biurkiem, siedzi godzinami w studio, zamyślony, słuchając każdego dźwięku. Nie wyjdzie i nie wypuści muzyków, póki wszystkie ścieżki nie zabrzmią idealnie. Eicher to oczywiście producent jazzowy, ale jedną nogą wciąż tkwi w muzyce klasycznej i to daje się usłyszeć na wielu płytach ECMu.



Niepokojąca suita

Nic dziwnego więc, że Vijay Iyer nagrywając swoją pierwszą płytę dla ECM, wykracza poza tradycyjny  światek jazzowej improwizacji i sięga po zapis nutowy. Z głębokiej szuflady wyciąga napisaną przez siebie w 2005 roku dziesięcioczęściową suitę na kwartet smyczkowy. Choć warstwa kurzu na partyturze jest gruba, to z „Mutations”  miał okazję już kilka razy na żywo wystąpić, razem ze swym triem i nowojorskim kwartetem Ethel. Zamiłowanie pianisty do klasyki nie powinno nikogo dziwić. Jest bowiem jeszcze jeden fakt, którego nie ujawniliśmy. Hindus od trzeciego roku życia gra na skrzypcach i jak twierdzi w wywiadach, nie ma dla niego nic naturalniejszego niż dźwięk smyczka.

Nie będzie to zapewne nadużycie, jeśli powie się, że czuć na „Mutations” eicherowską rękę. Zanim jeszcze rozpocznie się właściwa część płyty, Iyer hipnotyzuje słuchacza dwoma solowymi utworami na fortepian. „Spellbound and Sacrosanct, Cowrie Shells and the Shimmering Sea” oraz „Vuln, part II” to kompozycje  przypominające nastrojem nagrania innej gwiazdy ecm-owskiej pianistyki – Craiga Taborna. Nowy Vijay Iyer zatem, to już nie logicznie bezbłędny i superświadomy budowniczy. To poszukujący, niejednoznaczny i zapuszczający się w nieznane artysta. Jest mrocznie, z przestrzenią i złowieszczo.


Suita rozpoczyna się energiczną partią smyczków. Dźwięki przynoszą ożywienie, powiew zdrowia w zatrważającym świecie kreowanym przez pianistę. Oddech trzeba jednak brać szybko i łapczywie, nie minie bowiem chwila, a znów rozpoczną się niepokojące wejścia improwizującego pianina. W trzeciej odsłonie suity dźwięki przybierają formę dialogu między kwartetem a głównodowodzącym grupy. W rozmowie, mimo że napisana została przez Iyera, pianista nie jest absolutnie stroną dominującą. Pełni on rolę uważnego słuchacza, komentatora. Zadziwiające, to być może pierwsza płyta, na której Vijay Iyer więcej słucha niż gra.


Całość okraszona jest odrobiną elektroniki. To dosłownie szczypta, ale dodana ze smakiem. Szmery, trzaski, delikatny, ledwo słyszalny basowy puls. Szczególnie frapujący jest „Movement VII”.  Konstrukcja jest otwarta. Wszyscy improwizują po równo. Obowiązuje jedna reguła: trzeba korzystać z fragmentów pozostałych części suity. Znane już częściowo motywy przeplatają się, przeobrażają i odbijają echem. To moment kulminacyjny nagrania.

Wszystko to daje wrażenie osobliwego piękna. Nietypowego, bo kryje się w nim niepokój. Wyobraźnia Iyera to nie wymiar, w którym wyrastają zdrowe i bujne rośliny. Mimo przebłysków nadziei, to estetyka tak daleka od afirmacji życia jak to tylko możliwe. Krótkość poszczególnych części potęguje doznanie fragmentaryczności, a od bezwzględnej symetrii utworów zakręci nam się w głowie. Nawet w najbardziej lirycznych momentach, kiedy Vijay wybija się tonem klarownym i czystym, czuć że niebezpieczeństwo czai się w pobliżu.




***

Zdumiewające jak wiele różnorodnych stylistyk okazuje się być dla Vijaya Iyera gruntem zupełnie naturalnym. Pianista zagląda w mrok i penetruje jego zakamarki. Być może dotarł i tam, gdzie głęboko zaszywa się jego starszy stażem kolega z ECMu - Craig Taborn. Z porównaniami należy jednak być ostrożnym. Obu muzyków mimo podobieństw, bardzo wiele również różni. Zwłaszcza jeśli chodzi o technikę gry, konstrukcję utworów, sposób budowanie napięcia. Przekonać się o tych różnicach będziemy mieli okazję już w przyszłym roku. Wszystko za sprawą Manfreda Eichera. W momencie przyjęcia Vijaya w szeregi swej wytwórni, zapowiada, że następną płytę obaj wybitni muzycy nagrają w duecie. A tymczasem, to słowa kierowane do niecierpliwych, nie pozostaje nic innego jak liczyć nagrody, które zbierze Vijay Iyer za „Mutations”.

poniedziałek, 17 marca 2014

"Wszystko będzie wszystkim" - wywiad z Ambrosem Akinmusire

Mówi się o nim, że gra na trąbce jakby to nie była trąbka. Coś w tym jest. Jego nieortodoksyjne podejście do gry przywodzi na myśl największych jazzowych mistrzów. Repertuar tonów, które wydobywa z instrumentu jest tak szeroki, że w kuluarach szepcze się, że to człowiek-kameleon. Specjalnie dla jazzsoul.pl, laureat najbardziej prestiżowych konkursów jazzowych na świecie, Ambrose Akinmusire opowiada o swojej drugiej płycie nagranej dla Blue Note Records.



Po nagraniu ostatniej płyty „When Heart Emerges Glistening” chwaliłeś się, że masz zespół, w którym wszyscy rozumieją się bez słów. Czy coś się zmieniło przy „The Imagined Savior Is Far Easier to Paint”?
Nic! Jestem bardzo szczęśliwy, że współpracuję z tak oddanymi zespołowi muzykami. Czujemy się naturalnie ze sobą, lubimy spędzać ze sobą czas. Jedyna różnica polega na tym, że tym razem był nas o wiele więcej. Nagrywaliśmy przecież z kwartetem smyczkowym, kilkoma wokalistami, gitarzystą.

Jak doszło do poszerzenia zespołu? Czy wybrałeś muzyków, z którymi zawsze chciałeś grać, czy rzecz odbyła się w inny, może bardziej przypadkowy sposób?
Zupełnie szczerze – to wszystko artyści, których po prostu uwielbiam. Każdy z nich kreuje swój unikalny muzyczny świat. To wspaniałe osobowości. Mam na myśli wokalistów Theo Bleckmann, Becca Stevens, Cold Speck. Z gitarzystą Charlesem Alturą chodziliśmy razem do szkoły średniej, więc znamy się szmat czasu i rozumiemy w mig.

Mówisz o dobrej chemii w zespole, coś jednak sprawiło, że z bandu odszedł Gerald Clayton. Na nowej płycie gra Sam Harris.
Gerald to fenomenalny pianista. Niezwykle wrażliwy muzyk. Dalej się przyjaźnimy, zresztą marzę o tym, żeby nim jeszcze coś nagrać. Może jakaś płyta w duecie? Jeśli pytasz o powody rozstania, to po prostu poczułem, że mój band zmierza trochę w innym kierunku i że nasze drogi dosyć naturalnie się rozchodzą. A Sam ma ostatnio niesłychane wzięcie. Kiedy pojawiła się możliwość zaproszenia go do mojego zespołu, natychmiast z niej skorzystałem.



Nie wiem czy się zgodzisz, ale nowa płyta brzmi zupełnie inaczej niż poprzednia. Bardziej nastrojowo, kontemplacyjnie.
Szczerze – mam nadzieję, że to brzmi inaczej (śmiech). Zwróć uwagę, że poprzedni materiał nagrywaliśmy cztery lata temu, to kawał czasu. Teraz mam 31 lat, wtedy miałem 27. Wszyscy dojrzeliśmy jako muzycy. Z drugiej strony, chciałbym żeby pewne nasze charakterystyczne elementy pozostały wspólne. Popatrz na skład zespołu. Trzon pozostaje ten: Harish Raghavan na basie, Justin Brown perkusja, Walter Smith III na tenorze. Reszta muzyków, o których mówiłem wcześniej tworzy ogromnie istotną warstwę dekoracyjną. To oni w dużej mierze odpowiadają za nastrój płyty, o którym wspomniałeś.

Zdaje się, że nie akceptujesz krótkich tytułów płyt. Jest w tym jakaś przesłanie?
Tytuł nagrania jest dla mnie dosyć szczególny, ale nie oczekuj, że wyjaśnię Ci dokładnie na czym polega jego sens (śmiech). Nie chcę żeby ludzie interpretowali go w ścisły, przeze mnie założony sposób. Wiesz, jeśli powiem, że album jest przykładowo o wybuchu wulkanu, wszyscy zaraz będą myśleć, że jest o wybuchu wulkanu. Ogólnie myślę, że przesłanie i opowieść są niezwykle ważne w naszej pracy. Bo jeśli nie, to dlaczego w ogóle gramy? Każda kompozycja ma swoją historię, charakter, narrację. Wszystkie te utwory, oprócz tego który napisała Becca, powstały w podobnym okresie. Myślę, że to najlepsza z możliwych dokumentacji rzeczy, które wydarzyły się wokół mnie, a także wewnątrz mnie w tym czasie.

Terence Blanchard, z którym miałeś okazję współpracować, powiedział że grasz na trąbce jakby to nie była trąbka.
(śmiech). Kompletnie nie wiem co mam na to powiedzieć. Chyba tylko, że nie myślę o swojej grze w ten sposób. W pewnym sensie w ogóle nie myślę o tym jak gram. Wiem, że nie gram jak typowy trębacz. Ale nie gram również jak Ambrose Akinmusire. Gram jak coś lepszego niż ja sam. Wierzę w siłę wyższą – wyższy stan świadomości. Myślę, że wielkich artystów takich jak Wayne Shorter, Joni Mitchell czy John Coltrane cechuje umiejętność wdarcia się na te wyżyny i trwania tam naprawdę długo.

Jaka jest więc Twoja metoda na doskonalenie stanu umysłu? Medytacja, a może środki halucynogenne?
(śmiech) Nic z tych rzeczy. Mówiąc szczerze – jeszcze tam w pełni nie dotarłem. Część zabawy polega na tym właśnie, że zawsze za tym podążasz. Może to zabrzmi nieco banalnie, ale chodzi o to żeby być w zgodzie ze sobą. To ogromna praca, widzieć siebie takim jakim się jest.




No właśnie. Często podkreślasz, że najważniejszą jakością artysty jest autentyczność. Jak to rozumiesz?
Autentyzm jest szalenie ryzykowny. Nie możesz być autentyczny kiedy pokazujesz jedynie swoje mocne strony. Zauważ, że żyjemy w społeczeństwie, w którym coraz trudniej pokazywać jest swoje niedoskonałości. Na portale społecznościowe wszyscy wrzucają tylko swoje najlepsze zdjęcia z podpisem „Today I’m feeling great”. To buduje nieprawdziwy obraz danej osoby. Bo co ze wszystkimi innymi dniami: tymi, którymi czujemy się fatalnie, tak że chce się skoczyć z mostu. Ale podobny mechanizm działa również w drugą stronę. Nie będziesz autentyczny kiedy skupisz się jedynie na tym co w tobie negatywne. Trzeba szczerze walnąć: „Jestem jaki jestem. Kochaj mnie lub nienawidź, ale wiedz że staram się być coraz lepszy”. Myślę, że to czyni artystę autentycznym.

Powiedziałeś też kiedyś, że chcesz zmienić muzykę.
Hmm. Chyba nie chodzi o to że chcę ja zmienić, ale chcę być częścią wielkiej zmiany, która się dokonuje na naszych oczach. Chciałbym być jednym z tych, którzy sprawiają że muzyka się rozwija. Postrzegam muzykę jako coś co płynie z niesłychaną prędkością do przodu. Zabierając ze sobą, niczym rzeka, wszystko co znajdzie się w jej zasięgu. Muzyka zbiera wpływy z całego świata. By na koniec – wszystko stało się wszystkim. To tak jak z rasą. Kiedyś zniknie taka kategoria. Wszystko się wymiesza samoistnie, to tylko kwestia czasu. Może 400 lat, może odrobinę więcej, ale nie będzie już oddzielnych gatunków muzycznych. Jazzu, hip-hopu, rocka. Będzie po prostu muzyka.

Przyszłość zapowiada się więc ekscytująco. Masz już może jakieś plany?
„Imagined Savior is Far Easier to Paint” to tylko jedna stacja w dalekiej drodze. Mam mnóstwo pomysłów, które chcę zrealizować. Chcę grać z jak największą liczbą kreatywnych muzyków na całym świecie. Duetach, triach, wszystko jedno. Może nawet kiedyś napiszę symfonię. A tymczasem nie mogę doczekać się występu w Twoim kraju na początku kwietnia!