niedziela, 20 stycznia 2013

Niech się Rilke schowa

Najpierw wszystko porusza się tu ciężko i majestatycznie. W dudniących krokach jakie stawia kwartet czuć zapowiedź czegoś niebagatelnego.


 

Tak w istocie jest. Saksofon Davida Ware'a wyłamuje się z szeregu równo do tej pory stąpających ścieżek instrumentów.

Początkowo krąży wokół nich. Coraz jednak swobodniej. Aż do granic słuchalności. Wzbiera szarpiąca fala emocji - złości, bólu, bezsilności. Pęka cała struktura.

Na koniec Ware zdaje się być jednym wielkim wstydem. Jakby zreflektował, że powiedział za dużo.

To jednak mylne wrażenie. To blues w najczystszej postaci. Przynosi więc ulgę.

Kamień spada z serca. Jesteśmy wolni.

niedziela, 13 stycznia 2013

Lista przebojów rocka.

Robię się sentymentalny (a i zapewne infantylny). Dzisiaj na blogu obiektywna lista 10 najlepszych kawałków w historii rocka. Obiektywna, bo nie ma na niej Led Zeppelin, Pink Floyd, Metallica, Deep Purple ani Iron Maiden.


10. Na początek: brudno i śmierdząco. Rana kłuta, stęchlizna i gnój.



9. Tak, weź świat w objęcia i eksploduj razem z nim.





8. Kopniak w twarz i wielkie fuck off. Lubimy.




7. Nie mam pojęcia dlaczego.



6. Szatan jest naprawdę blisko. Czujecie jego odór? A przecież jest tak piosenkowo!



5. Lemmy wbija się na motorze do dużego pokoju i zabiera nas na imprezę.





4. Credo niejednego ucznia i studenta.



3. Hicior z refrenikiem.


2. Wszyscy razem, tańczymy z Angusem.


1. Hymn legionów maszerujących krokiem dziarskim, choć kreślącym rozliczne kręgi, w kierunku Rynku Głównego. 


czwartek, 3 stycznia 2013

Gitary są zmęczone!

Kiedyś wszystko było prostsze. Wystarczał jeden zamaszyście zagrany gitarowy akord by otworzyć wyobraźnię. Więcej nawet - żeby całkowicie nią zawładnąć.

Z instrumentu gitarowego półboga, posiadającego moc zapewne nieczystego pochodzenia, płynęły dźwięki ekscytujące i elektryzujące jak nic innego czego zdążyło się wcześniej doświadczyć. Człowiek wariował.

Tłum ginął w zbiorowej ekstazie kiedy rocknrollowiec, niczym antyczny bohater, dokonywał swoich heroicznych czynów. Albumy "Back in Black", "Reign in Blood" czy "Painkiller", niczym pomniki, stanowiły dokumentacje osiągnięć wymagających nadludzkich sił. 

Wielkie czyny wymagają jednak wielkiego ryzyka. Muzycy za swoje osiągnięcia płacą najwyższą cenę. Stąpają po krawędzi. Tej właśnie, z której runie Brian Jones, Bon Scott czy Jimi Hendrix. 

Nad tym wszystkim gdzieś króluje diabeł. Specyficznie i symbolicznie rozumiany. Ucieleśnienie buntu i hedonizmu. To dzięki jego osobistej interwencji muzycy mieli zawdzięczać swoje nieziemskie zdolności.

Powstał też gatunek rocka, zwany black metalem, gdzie wiarę w diabła potraktowano zupełnie poważnie. Ale o tym innym razem.

Coś się jednak dzieje. Nie wiadomo kiedy i dokładnie jak. Czar pryska. Upada rocknrollowy mit. Bogowie rocka w rzeczywistości okazują się infantylnymi grajkami, niekiedy po prostu głupcami, nie umiejącymi tak naprawdę grać. A sama muzyka faktycznie pełna jest ograniczeń zarówno instrumentalnych jak i estetycznych.

Schyłek wiary w rock'n'rolla pchnął autora tego wpisu do poszukiwań, otwierania się na nową muzykę, inną estetykę, których rezultatem jest między innymi ten blog.

Jest jednak rzecz, której brakuje temu wszystkiemu, czego teraz szukam i słucham - opowieści. O niebywałych czynach i marzeniu, żeby zostać rocknrollowym herosem.

Jazz opowieści jako takiej obecnie nie ma. Choć nie zawsze tak było. Był przecież esencją zmian społecznych, procesów urbanizacji i  indywidualizacji. A także narzędziem emancypacji mniejszości murzyńskiej w USA, symbolem łamania zastanych konwencji.

Free jazz ostatecznie zamordował konwencję (choć za jakiś czas sam się nią stanie). Społeczno-emancypacyjną rolę jazzu przejmuje rap. Przynajmniej do momentu, w którym nie staje się jednym z najbardziej dochodowych składników przemysłu muzycznego. Jazz schodzi do katakumb.

I na razie tam pozostaje.



niedziela, 30 grudnia 2012

Co się wydarzyło w 2012 roku?

Nie jest to typowe muzyczne podsumowanie tego, co wydarzyło się w mijającym roku. Nie jestem nawet pewien czy to najlepsze płyty, które ukazały się w tym czasie. To po prostu zestawienie pięciu kapitalnych albumów, z którymi w moim mniemaniu powinien się zapoznać każdy kto muzykę lubi, ma odrobinę cierpliwości, a przede wszystkim nie szuka w dźwiękach wrażeń czysto fizyczno-pobudzających (czyt. oszałamiających). To muzyka, której słuchanie jest czynnością pełnoprawną, wymagającą pewnego rodzaju zaangażowania.

W skrócie: polecam nie tylko odsłuch pojedynczych utworów, ale i zapoznanie się z całymi albumami. Poniżej, bardzo krótko o każdym z nich. Możecie być jednak pewni, że o wymienionych muzykantach będę nadmieniał jeszcze wiele, aż do znudzenia większości z was. Stay tuned.

Zapraszam też na stronę jazzsoul.pl, gdzie zdarza mi się pisać i gdzie znaleźć można szersze podsumowania roku 2012.

Vijay Iyer - Accelerando

Jeśli jednym słowem określić styl Vijaya Iyera byłaby to nieustępliwość. Charakterystyczne jak wprowadzane przez niego dźwiękowe struktury, kanciaste i podlegające ciągłej repetycji, kotłują się, kłębią aż do obsesji, ożywają. Accelerando to być może jego najlepsza płyta.



Marcus Miller - Renassaince

Marcus dostał misję od Boga. Sadzić groove. I trzeba powiedzieć wypełnia ją wyśmienicie. A przede wszystkim - na diabelnie wysokim poziomie umiejętności instrumentalnych. Kontynuuje też tradycję tworzenia zespołów Milesa Davisa. Dobiera do swoich bandów młodych, niesłychanie utalentowanych muzyków i daje im się wykazywać. Rezultat, choć może nie odkrywczy, jest znakomity.



Kenny Garrett - Seeds From The Underground

W tych dźwiękach da się słyszeć podskórną radość i poczucie spełnienia. To jakby uśmiech skierowany do losu. Wdzięczność za udane życie. „Seeds From the Underground” to płyta pogodna, ale zupełnie nie powierzchowna. Garrett oddaje hołd swoim muzycznym bohaterom i pokazuje, że nie tylko smucić można się mądrze.




Darius Jones - Book of Mæ'bul (Another Kind of Surprise)

Zachwyca w jak niesłychanie bezpośredni, szczery i naturalny sposób Darius Jones formułuje swoje muzyczne wypowiedzi.  A przemawia przecież językiem ostrym, ciętym, palącym wręcz. Słodko więc i pikantnie. Efekt elektryzujący i pełen wszelakiego sensu.




Ahmad Jamal - Blue Moon

Jest coś w "Blue Moon" absolutnie urzekającego. Świeżość, delikatność, elegancja i rodzaj rozbrajającej czułości. A nad tym wszystkim unosi się duch elokwencji i inteligencji. Lekko jest i przestrzennie. Przyjemnie pooddychać tym samym powietrzem co Ahmad Jamal.