Nie brakuje na świecie malkontentów. Przecież Możdżer to gwiazda
mainstreamu, celebryta, modniś. Sprzedał się już dawno temu i nie ma
własnego stylu. Można zżymać się bez końca na Leszka Możdżera. Trudno
jednak o bardziej wszechstronnego pianistę.
Bo z jednej strony, potrafi zagrać tonem czystym, przejrzystym,
klarownym. Ale to nie dziwi nikogo, melodia to zawsze była mocna strona
Możdżera.
Potem jednak dźwięk pianista preparuje, spontanicznie kładąc na
strunach fortepianu szklankę czy ręcznik. I dokonuje nie lada zręcznych
rytmicznych akrobacji. Fruwa nad klawiszami aż dech zapiera. Wydaje się,
że improwizacja wyrzuciła go w nieznane lądy, by za sekundę ku
zaskoczeniu publiczności, zagrać z Danielssonem wspólnie dźwięk w dźwięk
skomplikowaną frazę.
Następnie inicjatywę przejmuje Lars. Zamienia kontrabas na
wiolonczelę. Gra wolno, daje strunom wybrzmieć. W mgnieniu oka kreuje
bezmiar przestrzeni i napięcia. Dźwięki następują po sobie niespiesznie,
wibrują, rozchodzą się po kątach. Zajmuje to tak, że kompozycja zdaje
się kończyć, zanim rozpoczęła się na dobre.
Finalnie obaj panowie traktują swoje instrumenty czysto rytmicznie.
Po prostu uderzają w nie dłońmi. Płynie groove. Żwawy, giętki,
błyskotliwy.
Jeśli za miarę relacji między dwojgiem ludzi uznamy szerokość pola
ich porozumienia, to z całą pewnością Możdżer i Danielsson pozostają w
związku nad wyraz intymnym. Ciągły kontakt wzrokowy, drobne gesty,
uśmiechy dawały wrażenie, że muzycy nie mają przed sobą tajemnic. Ot,
muzyka okazuje się najlepszą z możliwych sytuacji komunikacyjnych.
Pojawiły się utwory z nagranej w duecie „Passodoble” („Praying”). Nie
brakło też kompozycji z pokrytego podwójną platyną albumu „The Time”
(„Easy Money”). Na bis z kolei muzycy wykonali „Svantetic” Krzysztofa
Komedy.
Wszystko to się działo z łatwością, lekkim dotknięciem, wirtuozerią.
Panowie byli tego wieczora w dobrej formie. Odprężeni, biła od nich
energia, świeżość, elegancja.
No, chyba nie ma z nami już żadnych ponuraków.
Niechaj więc błogosławieni z wysoka i głębi będą Leszek Możdżer i Lars Danielsson!
sobota, 4 maja 2013
wtorek, 2 kwietnia 2013
Recenzja: Tomasz Stańko "Wisława"
To
jedna z takich płyt, o których z góry wiadomo, że nie można nic złego
napisać. Mamy tu bowiem czołowe postaci polskiej kultury wysokiej.
Najbardziej uznanego na świecie polskiego jazzmana -Tomasza Stańkę,
który rozpoczął karierę u boku Krzysztofa Komedy, a później szybko piął
się w górę by występować z największymi na świecie – Davem Hollandem,
Cecilem Taylorem czy Jackiem DeJohnettem.
I
mamy Szymborską, której nazwisko po tym jak dokonała się „tragedia
sztokholmska” znane jest każdemu, nawet temu kompletnie się poezją
nieinteresującemu, a odmieniane jest przez wszystkie przypadki
najmłodszym obywatelom Rzeczpospolitej od wczesnych lat szkolnych.
Nie ma więc nic bardziej właściwego niż zakrzyknięcie z entuzjazmem zanim jeszcze wyciągnie się płytę z pudełka.
Myśmy jednak opakowanie postanowili otworzyć.
I znaleźliśmy w nim nawet nie jedną, a dwie płyty. Ponad 100 minut muzyki.
Muzyki
wolnej, przydymionej, nieco mglistej konsystencji. Tomasz Stańko i
podążająca za nim trupa w osobach: David Virelles (fortepian), Thomas
Morgan (kontrabas), Gerald Cleaver (perkusja), stawia kroki jak się
zdaje na początku odrobinę ospale.
Z
pierwszego planu najczęściej nie schodzi trębacz. Momentami ponury,
zawsze bardzo liryczny, a niekiedy nawet świdrująco-free jazzowy. Jest w
grze Stańki to, co podoba nam się niezmiennie od lat. Bogactwo tonu.
Dźwięki wydobywane z jego instrumentu są tak obfite w barwy i odcienie,
że nasz umysł skłonny jest ulec iluzji i nie odbierać ich jedynie jako
wrażeń słuchowych, lecz widzieć w nich niewyczerpany repertuar smaków i
zapachów.
Jak
to się wszystko ma do poezji Wisławy Szymborskiej trudno powiedzieć.
Nie ma tu z pewnością wiele z poczucia humoru poetki i jej dystansu do
opisywanej rzeczywistości. Jest za to co innego. „Wisława” to płyta
niebanalna, ale opowiedziana prostymi zdaniami. Jeśli postawimy sobie za
punkt honoru znalezienie jakiegoś wspólnego mianownika między muzyką
Stańki, a poezją Szymborskiej, to pewnie należałoby pójść w tym
kierunku.
Nagranie
to zdecydowanie nie byle jakie, choć do wybitności może tu trochę
brakuje. Przede wszystkim większej autonomii pozostałych członków
zespołu. Mimo pewnego zakresu swobody, nie wyłamują się z traktu
wytyczanego przez Stańkę.
Podsumowując:
krzyczeć z radości można było przed otwarciem pudełka, krzyczeć można i
po. Choć to drugie zapewne bardziej przyjemne.
sobota, 9 marca 2013
Recenzja: Pat Metheny „The Orchestrion Project”
Było tak: wizyta u dziadków. Młodego Pata
nudzą rozmowy dorosłych przy stole. Wymyka się więc ze swoim kuzynem
pobuszować trochę po wielkim domu. Chłopcy długo się nie zastanawiają,
od razu dają nura do piwnicy. A tam, znajdują coś co na zawsze zmieni
życie przynajmniej jednego z nich.
Pianola. Mechaniczne, napędzane siłą nóg
pianino. Zdolne zagrać każdą melodię zapisaną na specjalnych rolkach.
Choć instrument pokryty był grubą warstwą kurzu i zdawał się być nie
używany od dziesiątek lat, chłopcy wypróbowali wszystkie rolki. „To jest
coś! Niby staroć, ale zupełnie jak z filmu science fiction” – myślał
Pat.
Pat Metheny rośnie zdrowo. I szybko robi
karierę jako muzyk. W wieku 19 lat poznaje słynnego wibrafonistę
Gary’ego Burtona, który zaprasza go do współpracy. Pierwsze płyty
nagrywa zaś z z Jaco Pastoriusem. Nie mija długa chwila, a Metheny
rozbłyska jako jedna z najjaśniejszych gwiazd jazzowego światka. Dziś
znamy go wszyscy.
Mimo upływu lat, kolejnych nagród
Grammy, jest jednak coś co nie daje Methenemu spokoju. Wspomnienie z
dzieciństwa – mechaniczna pianola.
Pat znowu daje nura. Tym razem do
biblioteki. Tam pochłaniają go książki o Orchestrionie. Wielkiej XIX
wiecznej szafie grającej – o wiele bardziej skomplikowanej niż dziadkowa
pianola.
Metheny zatrudnia sztab naukowców i
mechaników: chce mieć orchestrion na miarę XXI wieku. Efekt przechodzi
najśmielsze oczekiwania. Wielka maszyna składa się z przeróżnego rodzaju
bębenków, dzwoneczków, cymbałów, marimb, robotów gitarowych, czyneli,
rur, wibrafonu, czy nawet odpowiednio nastrojonych butelek z wodą, w
które specjalna pompa dmucha powietrze. Wszystko to wprawiają w ruch
młoteczki, popychacze, ciągadełka. W 2010 roku Pat wydaje przełomową
płytę „Orchestrion” i wyrusza w trasę koncertową. Z Orchestrionem
zwiedza niemal każdy zakątek świata. Także Polskę.
Orchestrion zdaje egzamin. Nad wszystkim
czuwa Metheny. Autokrata, demiurg, szaleniec, wynalazca. Jednym gestem
wprawiający w działanie całe uniwersum ruchów i dźwięków. Wbrew opiniom
sceptyków, muzyka nie pada ofiarą swojej mechaniczności – mogłaby
przecież być statyczna, kwadratowa, sztuczna. Jest zupełnie inaczej. Ma
mnóstwo przestrzeni, warstw, pełna jest życia i charakterystycznych dla
Metheny’ego melodii.
Dziś mamy rok 2013 i znów głośno robi
się o Methenym i jego Orchestrionie. „The Orchestrion Project” wydany
zostaje zarówno w wersji audio (podwójne CD) jak i video (DVD/Blue Ray).
Okładka CD określa zawartość krążków jako „ścieżkę muzyczną do filmu
nagranego przez braci Pierre & Francois Lamourex” (wersja video).
Nie jest to rzecz jasna film fabularny.
To po prostu zapis live występu solowego Pata i jego instrumentarium w
opuszczonym kościele w Brooklynie. Stanowić ma on dokumentację show
koncertowego, jakie dawał gitarzysta w czasie światowego tournée.
Mamy tu przede wszystkim świeże
aranżacje („pozwalające uwolnić pełnię potencjału Orchestrionu” – jak
twierdzi wydawca) utworów z wydanej trzy lata temu płyty „Orchestrion”.
Te jednak nie różnią się zasadniczo od swoich pierwowzorów. Oprócz tego
na płytach znajdują się nowe odsłony melodii świetnie znanych z innych
płyt Metheny’ego – takich jak „Tell Her You Saw Me” czy „Stranger in
Town”. Całkiem nowe są tu tylko dwa utwory-improwizacje.
I to właśnie stanowi największą wadę
wydawnictwa. Nie znajdziemy tu wiele nowości. Jeśli ktoś ma już
„Orchestrion”, może sobie „The Orchestrion Project” odpuścić. Chyba, że
zdecyduje się na wersję DVD/Blue-Ray. Wszak efekt wizualny odgrywa tu
niebagatelną rolę.
Mimo, że sama historia mechanicznej
orkiestry jest fascynująca, to na najnowszym albumie Pata Metheny’ego
rewolucji żadnej nie znajdziemy. To po prostu kolejna porcja muzyki od
dużego już chłopca, którego doskonale znamy, wzbogacona o dużą zabawkę,
którą poznać też już zdążyliśmy.
Recenzja: Wayne Shorter „Without a Net”
Stało się. Wayne Shorter, jeden z ostatnich żyjących gigantów jazzu, członek zespołów Arta Blakeya, Milesa Davisa, lider Weather Report znowu nagrywa dla Blue Note Records. Na powrót do legendarnej wytwórni saksofonista kazał czekać 43 lata.
Z obecnym kwartetem występuje od roku
2000. To długo. Najdłużej ile grał Shorter w niezmienionym składzie. Już
od 13 lat towarzyszą mu: Brian Blade na perkusji, John Patituci na
kontrabasie i Danilo Perez na fortepianie. Razem wliczając w to
najnowszy „Without a Net” nagrali 3 albumy i dali się poznać jako jeden z
najznakomitszych kwartetów współczesnego jazzu.
Wciąż poszukują, nadal odrzucają
konwencje i banały. Bo przecież zwykle jazz wygląda tak: sekcja
rytmiczna gra constant tworząc stałe podłoże, a u góry latają
rozimprowizowane dęciaki.
Tu jest zupełnie inaczej. Muzyka
Shortera przeżarta jest improwizacją aż do gleby. Improwizują na równych
prawach wszyscy członkowie kwartetu. Choć słowo improwizują można by
zastąpić wyrażeniem: harują w pocie czoła z ogromną intensywnością.
Nie ma więc tutaj żadnego trwałego
punktu oparcia (na co zresztą wskazuje tytuł albumu). Wszystko
zawieszone jest w powietrzu, decyzje podejmowane są na bieżąco i często
dosłownie w ostatniej chwili.
Rezultatem przyjęcia takiej filozofii
gry i nadludzkich umiejętności wszystkich występujących tu postaci jest
superświadoma dźwiękowa struktura. Nieskończenie i rozłącznie ruchoma we
wszystkich swoich aspektach. Oglądająca samą siebie i sama do siebie
się odnosząca. Niezwykle czuła i nieustannie konstruująca się od podstaw
i przeobrażająca. Nie ma tu nic statycznego.
Ta muzyka potrafi się nagle załamać,
zamyślić i ruszyć w zupełnie nieprzewidywalnym kierunku. To wszystko
dzięki niewiarygodnej chemii, ocierającej się o telepatię zachodzącej
między członkami zespołu. Ilość wymienianych i przetwarzanych
informacji, komunikatów, gestów, znaków mniejszego czy większego kalibru
jest wprost porażająca.
Wiele tu grania na pograniczu dysonansu,
rytmicznych połamańców, niepokojącej atmosfery. Za to ostatnie w
wielkiej mierze odpowiada grający na fortepianie Danilo Perez. Brian
Blade z kolei momentami wybucha tak gwałtownie i porywczo, że zaskoczony
słuchacz podskakuje na fotelu.
Sam Shorter gra głównie na wysoko
brzmiącym, piskliwym i szorstkim saksofonie sopranowym. Jest taki moment
w 23 minutowym Pegasusie, który stanowi punkt centralny nagrania, kiedy
Wayne Shorter zaczyna grać solo, a Pattituci gra groove tak
nieoczywisty i zręczny, że aż któryś z członków zespoły krzyczy głośno:
„oh, my god!”.
Jest w tym okrzyku zachwyt, ale i odrobina przestrachu, właściwego obcowaniu z czymś zupełnie niezwykłym.
Trudna to muzyka, wymagająca jak diabli,
a w dodatku jakby nieuchwytna. Tak żywa i świadoma, że zdaje się
zmieniać pod wpływem faktu bycia słuchaną. Autor recenzji też trochę się
jej boi, lecz jeszcze bardziej nią zachwyca. I tylko raz po raz
pokrzykuje: „o mój Boże!”.
niedziela, 20 stycznia 2013
Niech się Rilke schowa
Tak w istocie jest. Saksofon Davida Ware'a wyłamuje się z szeregu równo do tej pory stąpających ścieżek instrumentów.
Początkowo krąży wokół nich. Coraz jednak swobodniej. Aż do granic słuchalności. Wzbiera szarpiąca fala emocji - złości, bólu, bezsilności. Pęka cała struktura.
Na koniec Ware zdaje się być jednym wielkim wstydem. Jakby zreflektował, że powiedział za dużo.
To jednak mylne wrażenie. To blues w najczystszej postaci. Przynosi więc ulgę.
Kamień spada z serca. Jesteśmy wolni.
niedziela, 13 stycznia 2013
Lista przebojów rocka.
Robię się sentymentalny (a i zapewne infantylny). Dzisiaj na blogu obiektywna lista 10 najlepszych kawałków w historii rocka. Obiektywna, bo nie ma na niej Led Zeppelin, Pink Floyd, Metallica, Deep Purple ani Iron Maiden.
10. Na początek: brudno i śmierdząco. Rana kłuta, stęchlizna i gnój.
9. Tak, weź świat w objęcia i eksploduj razem z nim.
8. Kopniak w twarz i wielkie fuck off. Lubimy.
7. Nie mam pojęcia dlaczego.
6. Szatan jest naprawdę blisko. Czujecie jego odór? A przecież jest tak piosenkowo!
5. Lemmy wbija się na motorze do dużego pokoju i zabiera nas na imprezę.
4. Credo niejednego ucznia i studenta.
3. Hicior z refrenikiem.
2. Wszyscy razem, tańczymy z Angusem.
1. Hymn legionów maszerujących krokiem dziarskim, choć kreślącym rozliczne kręgi, w kierunku Rynku Głównego.
10. Na początek: brudno i śmierdząco. Rana kłuta, stęchlizna i gnój.
9. Tak, weź świat w objęcia i eksploduj razem z nim.
8. Kopniak w twarz i wielkie fuck off. Lubimy.
7. Nie mam pojęcia dlaczego.
6. Szatan jest naprawdę blisko. Czujecie jego odór? A przecież jest tak piosenkowo!
5. Lemmy wbija się na motorze do dużego pokoju i zabiera nas na imprezę.
4. Credo niejednego ucznia i studenta.
3. Hicior z refrenikiem.
2. Wszyscy razem, tańczymy z Angusem.
1. Hymn legionów maszerujących krokiem dziarskim, choć kreślącym rozliczne kręgi, w kierunku Rynku Głównego.
czwartek, 3 stycznia 2013
Gitary są zmęczone!
Kiedyś wszystko było prostsze. Wystarczał jeden zamaszyście zagrany gitarowy akord by otworzyć wyobraźnię. Więcej nawet - żeby całkowicie nią zawładnąć.
Z instrumentu gitarowego półboga, posiadającego moc zapewne nieczystego pochodzenia, płynęły dźwięki ekscytujące i elektryzujące jak nic innego czego zdążyło się wcześniej doświadczyć. Człowiek wariował.
Tłum ginął w zbiorowej ekstazie kiedy rocknrollowiec, niczym antyczny bohater, dokonywał swoich heroicznych czynów. Albumy "Back in Black", "Reign in Blood" czy "Painkiller", niczym pomniki, stanowiły dokumentacje osiągnięć wymagających nadludzkich sił.
Z instrumentu gitarowego półboga, posiadającego moc zapewne nieczystego pochodzenia, płynęły dźwięki ekscytujące i elektryzujące jak nic innego czego zdążyło się wcześniej doświadczyć. Człowiek wariował.
Tłum ginął w zbiorowej ekstazie kiedy rocknrollowiec, niczym antyczny bohater, dokonywał swoich heroicznych czynów. Albumy "Back in Black", "Reign in Blood" czy "Painkiller", niczym pomniki, stanowiły dokumentacje osiągnięć wymagających nadludzkich sił.
Wielkie czyny wymagają jednak wielkiego ryzyka. Muzycy za swoje osiągnięcia płacą najwyższą cenę. Stąpają po krawędzi. Tej właśnie, z której runie Brian Jones, Bon Scott czy Jimi Hendrix.
Nad tym wszystkim gdzieś króluje diabeł. Specyficznie i symbolicznie rozumiany. Ucieleśnienie buntu i hedonizmu. To dzięki jego osobistej interwencji muzycy mieli zawdzięczać swoje nieziemskie zdolności.
Powstał też gatunek rocka, zwany black metalem, gdzie wiarę w diabła potraktowano zupełnie poważnie. Ale o tym innym razem.
Coś się jednak dzieje. Nie wiadomo kiedy i dokładnie jak. Czar pryska. Upada rocknrollowy mit. Bogowie rocka w rzeczywistości okazują się infantylnymi grajkami, niekiedy po prostu głupcami, nie umiejącymi tak naprawdę grać. A sama muzyka faktycznie pełna jest ograniczeń zarówno instrumentalnych jak i estetycznych.
Schyłek wiary w rock'n'rolla pchnął autora tego wpisu do poszukiwań, otwierania się na nową muzykę, inną estetykę, których rezultatem jest między innymi ten blog.
Jest jednak rzecz, której brakuje temu wszystkiemu, czego teraz szukam i słucham - opowieści. O niebywałych czynach i marzeniu, żeby zostać rocknrollowym herosem.
Jazz opowieści jako takiej obecnie nie ma. Choć nie zawsze tak było. Był przecież esencją zmian społecznych, procesów urbanizacji i indywidualizacji. A także narzędziem emancypacji mniejszości murzyńskiej w USA, symbolem łamania zastanych konwencji.
Free jazz ostatecznie zamordował konwencję (choć za jakiś czas sam się nią stanie). Społeczno-emancypacyjną rolę jazzu przejmuje rap. Przynajmniej do momentu, w którym nie staje się jednym z najbardziej dochodowych składników przemysłu muzycznego. Jazz schodzi do katakumb.
I na razie tam pozostaje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

